6 lipca 2020

2 lipca 2020

Undertale: Projekt badawczy POTWÓR - Tajemniczy telefon i dym z papierosa


Autor okładki: Muko
Notka od autora: Miałaś nadzieję, że teraz Twoje życie będzie jak bajka. Wynajęłaś nowe, śliczne mieszkanie. Całkiem sama. Bez rodziny, współlokatorów czy chłopaka, którego niedawno rzuciłaś. Będziesz jak królewna we własnym królestwie. Wolna i nieskrępowana. Problem w tym, że na Twojej kanapie śpi okryty puchatym kocykiem potwór. Czy więc królewnie wypada chodzić nago po mieszkaniu?
Autor: S.
Spis treści

Taksówka wolno toczyła się po wąskich uliczkach osiedla. Nigdzie ani śladu G!. Spojrzałaś na zegarek w swoim telefonie. Już trzecią godzinę starasz się go znaleźć. 

– Przepraszam – usłyszałaś głos kierowcy – ja bym mógł tak z panią całą noc jeździć, ale zaraz kończę moją zmianę. Córka na noc do pracy idzie, i dziadek obiecał z wnukami posiedzieć.

– Naturalnie! To ja pana przepraszam, że zajęłam aż tyle czasu – zaczęłaś grzebać w torebce w poszukiwaniu swojej karty płatniczej. Pozbędziesz się sporej części wypłaty, ale mało cię to teraz obchodzi.

– Ja panią gdzieś odwiozę, to osiedle jest niebezpieczne.

– Nie trzeba, wysiądę tutaj. 

– To niech pani zamówi kolejną taksówkę! 

– Tak, z pewnością tak zrobię, miłego wieczoru panu życzę – zatrzasnęłaś drzwi samochodu i ruszyłaś chodnikiem przed siebie. 

Nie zamówiłaś następnej taryfy. Zamiast tego biegałaś po osiedlach zaglądając we wszystkie bramy i zaułki. Może gdzieś się skrył? Może siedzi w jakiejś dziurze, której nie widać z ulicy? 

Rozglądając się dookoła, zastanawiałaś się, dlaczego G! wyszedł z mieszkania sam. Przecież nie uraziłaś, ani nie skrzywdziłaś go w żaden sposób. Powiedziałaś, że kupisz mu papierosy, jeśli nie może bez nich żyć. Więc dlaczego uciekł bez słowa? Może nadal ci nie ufał? Szukał tylko pretekstu, aby wydostać się z klatki, jaką było dla niego twoje mieszkanie. Jak tylko odzyskał wzrok, postanowił cię opuścić. Być może poprosił, abyś wyszła dla niego do sklepu tylko po to, żeby pozbyć się ciebie z domu, i wyjść niezauważonym. Musiał planować to wcześniej. Dobrze wiedziałaś, że nie możesz wiecznie go więzić, ale dlaczego poszedł bez słowa. Nawet się nie pożegnał. Poczułaś łzy spływające po twoich policzkach, już dłużej nie możesz dusić tego w sobie. Czy naprawę nic dla niego nie znaczyłaś? 

Twój służbowy telefon zaczął dzwonić. Wkurzyłaś się. Który student zawraca ci głowę w weekend, jeszcze o tak późnej porze? Zaczęłaś żałować, że zdecydowałaś się na udostępnienie numeru. Sięgnęłaś po komórkę do torebki. Na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer. Odebrałaś połączenie. 

– Dzień dobry! - Usłyszałaś nieznany, męski głos – czy dodzwoniłem się do pani H.? 

***

– Obrzydliwa patologia! Obdartusy śmierdzące!

Znów strasznie bolała go głowa. Nie był pewny czy to wina zmęczenia, czy tego okropnego jazgotu. Będzie musiał stąd iść, bo ona raczej nie ma zamiaru się ruszyć. Nie wytrzyma całej nocy z tym skrzekliwym dziwadłem. 

– Babcia się uspokoi, bo się jej już ta płyta zdarła! - Usłyszał jakiś wesoły głos. Kolejna postać pojawiła się pod zadaszeniem. Była dziwna. G! miał problem z określeniem nie tylko wieku, ale nawet płci tego człowieka.

– Nie uciszaj mnie ty demonie jeden, bo zaraz po policję zadzwonię! Potwór przebrzydły! - Potwór? Czy ona właśnie nazwała tego człowieka potworem?

– A niech sobie babcia dzwoni, za siedzenie na przystanku mandatów nie ma – dziwny osobnik zainteresował się tabliczkami wiszącymi na tylnej ścianie budki.

– Masz szczęście brudasie, że mój autobus już jedzie! Bo byś popamiętał! - Starsza kobieta opierając się na swojej lasce podeszła do krawężnika. Chwilę później ogromny pojazd zatrzymał się naprzeciwko nich. Kilkoro ludzi wysiadło z jego wnętrza, staruszka wspięła się do środka i po chwili zniknęła za zasuwanymi drzwiami. Wyglądało to trochę przerażająco, jakby pożarła ją bestia z ogromną paszczą. 

– Hej! Nie wiesz czy dziesiątka już jechała? - G! ostrożnie podniósł głowę. Dziwny osobnik zwracał się do niego, ale nie miał pojęcia o co pyta.

– Słucham? - Starał się zachowywać normalnie i możliwie grzecznie. 

– Dziesiątka. Autobus numer dziesięć. Jechał już? 

– Nie wiem, nie zwróciłem uwagi. Przykro mi – miał nadzieję, że to wystarczy.

Człowiek usiadł na ławce kawałek dalej. G! kątem oka starał się przyjrzeć mu nieco lepiej. Jego głos jest męski, ale ma długie włosy, spięte z tyłu w kucyk, jak kobieta. Do tego nosił kolczyki, co również kojarzyło mu się raczej z damską biżuterią. H. też miała w uszach małe świecidełka. Jednak tym, co najbardziej zwróciło jego uwagę były ubrania. Długi płaszcz z czarnej skóry ozdobiony srebrnymi ćwiekami oraz klamrami umiejscowionymi przy rękawach i w pasie. Na nogach miał ciemne spodnie i ciężkie, sznurowane buty sięgające do połowy łydki. Wyglądał totalnie odlotowo. G! dałby wiele, za taki czaderski płaszcz. Póki co, założy, że jest to samiec, ludzkie samice chyba nie mają owłosionej twarzy a ten ma kudły na gębie. 

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Po okropnym jazgocie wydawanym przez staruszkę, ta cisza wydawała się aż nienaturalna i dziwna.

Nagle człowiek poruszył się, sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z niej małe, kartonowe pudełko oraz zapalniczkę. G! poczuł, jak jego magia zawrzała. Doskonale wiedział, co znajduje się w tym delikatnym pojemniczku. Człowiek wyciągnął z opakowania jedną, idealnie skręconą fajkę i umieścił ją między swoimi wargami. G! miał ochotę rzucić się na tego gościa i wyrwać mu papieros z japy. Z całych sił starał się opanować.

– Sorki, koleś. Nie będę Ci tu smrodził – człowiek chciał wstać.

– Nie! - Zawołał. Chyba trochę zbyt gwałtownie. Mężczyzna spojrzał na niego mocno zaskoczony. 

– Nie musisz wstawać, nie przeszkadza mi to.

– Jeśli tak mówisz – po chwili delikatny obłok dymu pojawił się pod zadaszeniem. Człowiek ponownie wyjął paczkę z kieszeni i wyciągnął rękę w jego stronę – Trzymaj stary, przecież widzę, że aż cię skręca, żeby zajarać – tak! Kurwa tak! Tylko jak ma sięgną po tą fajkę, żeby gość nie zobaczył jego dłoni. Powinien się ukrywać. Jeśli ujawni swój wygląd, może mieć poważne kłopoty. Co robić? 

– Chyba dziesiątka jedzie – powiedział, mając nadzieję, że koleś da się nabrać. Człowiek odwrócił głowę szukając wzrokiem pojazdu. Ułamek sekundy i zdobył upragniony skarb – wybacz, zdawało mi się. Dzięki za fajkę.

– Spoko, żaden problem – uśmiechnął się chowając papierosy z powrotem do kieszeni – ognia? 

– Nie dzięki, mam swój. Później zapalę. 

– Mów mi Diego – człowiek wyciągnął rękę w jego kierunku. Kurwa! Co teraz? Nie wypada odmówić uścisku dłoni, to będzie maksymalnie chamskie. Jednak Diego nie wyglądał na urażonego, wręcz przeciwnie, uśmiechnął się do niego życzliwie. 

– Chodzi o dziary? Nie bój się, nie byłem w pierdlu – dopiero teraz G! zauważył dziwne rysunki na dłoni mężczyzny. Są na stałe? Nie może ich zmyć?

– Nie, są całkiem fajne – stwierdził przyglądając się wizerunkowi wielkiego, uskrzydlonego owada z czaszką pośrodku grzbietu – wybacz, odmroziłem sobie ręce. Jestem G!. 

– Fajna ksywa, ale koleś, ubrałeś się jak debil – zaśmiał się – wiesz, że jest minusowa temperatura? 

– Wiem, ale ostatnio w ogóle nie wychodziłem z mieszkania – poczuł się głupio, faktycznie był nieodpowiednio ubrany na taki mróz. Na powierzchni warunki atmosferyczne były inne, bardziej odczuwalne. 

– Chujowa robota? 

– Nie, wypadek. Byłem przykuty do łóżka – co on właściwie wyprawia? Dlaczego zwierza się temu człowiekowi?  

– Kurwa, przykro mi stary! - Diego wydawał się być szczerze poruszony. Czyżby znów miał szczęście trafić na normalnego człowieka?

– W porządku, już jest dobrze – nie, nie jest dobrze. Zgubił się w ludzkiej betonowej dżungli pełnej psich gówien. Jest głodny, zmęczony, zmarznięty i boli go głowa. Do tego cholernie tęskni za ciepłym i bezpiecznym mieszkaniem, a przede wszystkim za jego kochaną i dobrą opiekunką. Teraz wiedział, że ta ucieczka była aktem czystego debilizmu.

– Jesteś pewny? Bo brzmisz jakoś marnie.

– Może nie do końca jest dobrze – nie był fanem zwierzania się ze swoich problemów, właściwie nigdy tego nie robił. Jego spawy są jego spawami, ale dziś zrobi wyjątek – zgubiłem się w tym chujowym mieście.

– Pierdolisz?

– Nie! Wyszedłem z mieszkania i nie wiem jak dostać się tam z powrotem – zdawał sobie sprawę, że brzmi żałośnie.

– Dobra! Wierzę. Znasz adres? – Diego znów sięgnął do kieszeni. Tym razem wyjął z niej telefon. 

– Nie – nie miał bladego pojęcia gdzie mieszkał przez ostatnie dwa miesiące. Nie był nawet w stanie opisać okolicy, bo wszystko wokół zdawało się wyglądać podobnie – ale wiem kto jeszcze tam mieszka. Moja opiekunka H.

– Znasz nazwisko?

– Niestety, ale wiem, że pracuje na Uniwersytecie Medycznym. Piesze doktorat z dietetyki – samo wspomnienie o niej sprawiało ból jego duszy. Tak strasznie chciał znów ją zobaczyć.

– Czy to ona? –  Diego odwrócił telefon w jego kierunku. Na wyświetlaczu było jej zdjęcie.

– Tak! Skąd to masz? - odrobina nadziei zrodziła się w jego udręczonej duszy.

– Ze strony uniwerku, mają zakładki dotyczące wszystkich pracowników wraz z kontaktami mailowymi i numerami telefonów. Teraz tylko trzymaj swoje zmarznięte kciuki, żeby ona miała przy dupie służbowy telefon – Mężczyzna przyłożył komórkę do ucha. G! Wstrzymał oddech z nerwów.

– Dzień dobry! Czy dodzwoniłem się do pani H.? – Odebrała! Oby tylko zgodziła się po niego przyjść. Jest mu tak strasznie wstyd. Może ją błagać na kolanach i przepraszać całą noc, byle tylko zabrała go z tego wstrętnego miejsca! 

– Ktoś panią szuka, ma ksywę G! i twierdzi, że z panią mieszkał, a teraz zgubił się w mieście – G! nie słyszał odpowiedzi. Miał wrażenie, że całe jego ciało drży nie tylko z zimna, ale też z ogromnej niepewności. Co zrobi, jeśli odmówi, jeśli jest na niego tak wściekła, że już więcej nie będzie chciała na niego spojrzeć. 

– Jeszcze żyje, ale prawie zamarzł. Proszę przyjść na przystanek autobusowy „Aleja Majowa” w kierunku Dworca Głównego – zgodziła się przyjść? Może jednak nie spierdolił sprawy aż tak bardzo. 

– Rozumiem, przekażę mu – Diego zakończył połączenie.

– Oj, coś czuję stary, że masz u niej przejebane. Lepiej szykuj dupsko na ostre lanie! – Człowiek zaczął się śmiać. Teraz G! był pewny, że się trzęsie, cała jego dusza drżała targana ogromem uczuć, które ją wypełniały. Ona przyjdzie, zabierze go stąd i znów będą razem, blisko i bezpiecznie. 

– Zaczekałbym z tobą aż przyjdzie, ale jedzie ta cholerna dziesiątka, a nie chcę tu sterczeć kolejne pół godziny, i tak jestem spóźniony – dopiero teraz G! spostrzegł, że w ich kierunku zmierzał autobus – na telefonie twojej opiekunki wyświetlił się mój numer. Dajcie znać, czy wszystko w porządku!

– Jasne! Dziękuję Ci za pomoc i jeszcze raz za fajkę!

– Nie ma sprawy! – Diego znikł za drzwiami pojazdu.

G! rozejrzał się dookoła, został sam. Wyjął rękę z kieszeni i przyłożył na wysokości mostka. Musi się uspokoić. Siedział tak przez dłuższy czas próbując wyrównać oddech i uciszyć rozdygotaną duszę. Na szczęście miał przy sobie coś, co zdecydowanie pomoże się mu teraz zrelaksować.  Wyjął swój maleńki skarb. Może zdąży się nim nacieszyć, zanim przyjdzie H. 

***

– Czy dodzwoniłem się do pani H.?

– Tak, przy telefonie. W czym mogę panu pomóc? - Starałaś się być miła i udawać spokojną, ale miałaś ochotę wyzwać tego gościa od ostatnich chamów. Na całe szczęście tego nie zrobiłaś. 

– Ktoś panią szuka, ma ksywę G! i twierdzi, że z panią mieszkał, a teraz zgubił się w mieście – miałaś wrażenie, że zaraz znów się rozpłaczesz, tym razem ze szczęścia. Jednak go odzyskasz! 

– Tak! Nic mu się nie stało? Proszę mi powiedzieć, gdzie on jest! – Już chciałaś pędzić, ale jeszcze nie wiesz dokąd. 

– Jeszcze żyje, ale prawie zamarzł. Proszę przyjść na przystanek autobusowy „Aleja Majowa” w kierunku Dworca Głównego – znasz to miejsce, jest niedaleko. Jeśli pobiegniesz będziesz tam dosłownie w kilkanaście minut.

– Zaraz tam będę, niech on nie rusza stamtąd swojej chudej dupy! – wrzasnęłaś do słuchawki. Miałaś nadzieję, że nie przeraziłaś tego faceta, który dzwoni.

– Rozumiem, przekażę mu – połączenie się zakończyła a ty pędziłaś jak szalona w kierunku przystanku. Cały czas byłaś tak strasznie blisko! Nie mogłaś w to uwierzyć. 

Jest! Od razu rozpoznałaś tę kurtkę. Twarz zasłonił twoja starą arafatką, jednak teraz była zsunięta a między jego zębami tkwił zapalony papieros. Byłaś szczęśliwa i zła jednocześnie. Możesz teraz rzucić się na niego i go wyściskać, albo... 

– Na przystankach autobusowych nie można palić! Wezwę policję i dostanie pan mandat! - wrzasnęłaś jak jakiś zrzędliwy moher. Biedak! Gdyby miał serce, pewnie właśnie dostałby zawał. Skulił się wciskając ręce do kieszeni. Usiadłaś na ławeczce i mocno go objęłaś. Zadrżał.

– Bardzo zmarzłeś, daj mi swoje ręce – był mocno wyziębiony, chwyciłaś go za dłonie i wraz ze swoimi wsadziłaś do futerkowych kieszeni swojego płaszczyka delikatnie rozmasowując jego zimne kości.

– H. Ja... – zaczął coś mówić, lecz jego głos się załamał. Chciałaś spojrzeć mu w oczy, ale odwrócił głowę. Nie dałaś za wygraną. Złapałaś go za brodę i tym razem to ty zmusiłaś, aby na ciebie spojrzał. 

W pierwszej chwili myślałaś, że jego blizny się otworzyły znów cieknie z nich magia. Z jego oczodołów wypływały wielkie krople. Spływały powili po kościach policzkowych aby następnie zniknąć wchłonięte przez materiał arafatki zasłaniającej zęby. Szybko zdałaś sobie sprawę, że to nie była magia z jego ran, tylko łzy. Przytuliłaś go jeszcze mocniej. Na przystanek podjechał autobus, na który czekałaś.

– Choć G!, wracajmy do domu. 

Share:

POPULARNE ILUZJE