Handlarz Iluzji

  

Autor: TalosLives
Tłumaczenie: Nessa

Notka od tłumacza: Dla Blitzo – szefa I.M.P. – kilkudniowe nieobecności były normą. Zwykle robił wtedy coś szalonego, co najpewniej miało wpakować go w kłopoty. Właśnie dlatego jego podwładni nigdy nie zwracali na to uwagi, planując po prostu okrzyczeć go, kiedy wróci. Dopiero po dziewięciu dniach nieobecności zaczynają podejrzewać, że ich szefa spotkało go coś niedobrego.
Obawy potwierdza jedno proste, zasłyszane przez telefon zdanie: „Mamy twojego szefa”.


SPIS TREŚCI:

I. Połączenie
II. Książę
III. Księga
IV. Wspomnienia (część 1)
V. Wspomnienia (część 2)
VI. Pościg
VII. Przesłuchanie
VIII. Imię
IX. Cierpienie (część 1)
X. Cierpienie (część 2)
XI. Chwila 
(Obecnie czytane)

...

Dziesięć dni temu…

Loona nie miała pojęcia, co było gorsze: świadomość, że matka najlepszej przyjaciółki stała za porwaniem jej ojca, czy moje reakcja Octavii na tę rewelację. Piekielna ogar nie wiedziała, co powinna myśleć albo powiedzieć, kiedy Stolas wyjawił im prawdę. Oczywiście Octavia wpadła w histerię, przez co Loona zapragnęła ją pocieszyć, ale widząc jak ta w łamiący serce sposób tuli się do taty, uświadomiła sobie, że to zły moment.

– To takie popierdolone – powiedziała, łapą przeczesując włosy. Millie skinęła głową, podczas gdy obie czekały aż Stolas wróci do swojego biura. Moxxie chciał do nich dołączyć, ale żona zmusiła go, by został w łóżku trochę dłużej, póki w pełni nie dojdzie do siebie. – Znaczy… Wiedziałam, że nie przepada za tatą, ale nie sądziłam, że zrobi coś takiego!

– Demony robią szalone rzeczy – zauważyła Millie, wzruszając ramionami. – Zaufaj mi, wiem to z doświadczenia.

– … I tak ją zabiję – warknęła Loona, ostrząc pazury. – Mam gdzieś, czy to matka Octavii. Wyrwę tej kurwie wszystkie pióra, a potem pożrę ją na obiad.

– Prosiłbym, żebyś zostawiła moją żo… Stellę mi. – Obie odwróciły się, by zobaczyć nieśpiesznie wchodzącego do biura Księcia Stolasa. Jego twarz wydawała się spokojna, ale trzęsące się dłonie zdradzały, że emocje rozsadzały go od środka. Podchodząc do biurka, machnięciem ręki przywołał iluzję mapy całego podziemnego świata. – Teraz, kiedy już wiemy, że Stella jest zamieszona w porwanie Blitzo, mogę założyć, że jej rodzina również. Natasza, jej matka, jest tak staroświecka i elitarna, że przy niej inni piekielni szlachcice mogliby uchodzić za hojne zakonnice w Boże Narodzenie. Spogląda na niżej urodzonych i grzeszników jak na robaki, które są niegodne, by znaleźć się pod podeszwą buta. Jej syn, Alexander, to ropucha, która krok w krok podąża za matką niczym dobry mały harcerz, ale koniec końców jest słaby i żałosny. Niestety, wszyscy mają pieniądze i wpływy dzięki temu, że są Upadłą rodziną z krwią Goecji.

– Po kiego chuja wżeniłeś się w taką rodzinę? – zapytała Loona, unosząc brwi.

– Nie miałem wyboru. Moja rodzina zaaranżowała to w ramach sojuszu, który zawarliśmy podczas Wielkiej Wojny Diabłów tysiąc lat temu. Stalla miała cechy swojej matki, ale była bardziej nowoczesna i pragnęła jedynie odseparować nasze gatunki zamiast zniewalać albo likwidować całe tysiące, jak to zdarzało się pragnąć tym o bardziej radykalnym podejściu. Z czasem przestała zachowywać się jak matka i wykształciła własną osobowość. Myślałem, że łączy nas swego rodzaju więź, zwłaszcza odkąd na świat przyszła Octavia. Wiem, że martwiła się o nasz status z powodu moich ciągłych kontaktów z pomniejszymi demonami, ale nie sądziłem, że posunie się tak daleko – powiedział Stolas, kręcąc głową.

– Więc co teraz? Robimy nalot na jej dom czy co? – zapytała Millie.

– Już wysłałem moich cienistych strażników do jej rodzinnego domu pod pretekstem sprowadzenia mojej żony – odparł Stolas, krzyżując ramiona i uważnie przypatrując się mapie. – Ale jej tam nie było. Ani Nataszy i Alexandra. To znaczy, że muszą znajdować się w innej rodzinnej posiadłości. – Machnął ręką, a wtedy kilka punktów zalśniło na mapie. – Nigdy nie zostałem wtajemniczony w to, gdzie dokładnie się znajdują, bo Natasza nigdy za mną nie przepadała, ale znam ich ogólną lokalizację.

Zaczął kolejno wskazywać na cztery miejsca.

– Znajdują się albo w pobliżu stolicy, gdzieś w prowincji Raju Utraconego, w pobliżu Miasta Płomieni albo w rejonie pustynnym Apollyona, znanym również jako…

– Zakątek Abbadona – wyszeptała Loona, przypominając sobie słowa, które ojciec wypowiedział przez telefon. Uderzyła pięściami w blat, po czym wskazała na lśniący punkt na pustyni. – Tu! Tutaj są!

– Jak możesz być tego taka pewna? – zapytała Milie?

– Ponieważ podczas rozmowy z porywaczem tata wspomniał, że jest niemal tak źle jak w Zakątku Abbadona. Pojechaliśmy tam kiedyś na wakacje i było fatalnie! Pamiętam, bo wtedy dorobiłam się całego roju kleszczy na tyłku!

– Ech, TMI* – mruknęła Millie, wysuwając język.

– Oficjalna nazwa to Pustynia Apollyona, ale miejscowi nazywają ją Zakątkiem Abbadona przez niszczycielskie burze piaskowe! To musi być to miejsce! – oznajmiła Loona.

– Cóż, to zawęża obszar poszukiwań, ale i tak mamy spory teren do przeszukania – powiedział Stolas, opadając na krzesło i pocierając podbródek. – Przeszukanie wszystkiego zajmie trochę czasu… Z samego rana wyślę tam szpiegów. Do tego czasu spróbujcie odpocząć.

– Sprawdzę jak się ma Octavia, o ile to w porządku – zasugerowała Loona, podnosząc się.

Stolas potaknął, więc Loona wraz z Millie opuściły pokój. Ta druga wymamrotała ciche dobranoc i skierowała się w kierunku Skrzydła Szpitalnego, jak nic chcąc zajrzeć do męża. Loona ruszyła znajomą drogą do pokoju przyjaciółki, już z zewnątrz słysząc dobiegający z sypialni płacz.

Powoli zajrzała do środka i spojrzała na szlochającą w poduszkę Octavię. Loona nie powiedziała niczego, po prostu zamykając za sobą drzwi i podchodząc do przyjaciółki. Słysząc trzask, Octavia powoli odwróciła się do Loony w chwili, w której ta ułożyła łapę na jej plecach.

Pociągając nosem, z oczami pełnymi łez, księżniczka otoczyła Loonę ramionami i rozszlochała się jeszcze bardziej.

– P-p… p-przepraszam… prze… pra…

– Przestań. – Loona przygarnęła ją do siebie. – Nie masz za co przepraszać.

To sprawiło, że Octavia załkała głośniej, ale Loona miała to gdzieś. Miała ją u swojego boku, kiedy sama musiała się wypłakać. Teraz mogła się za to odwdzięczyć.

 

***

Po rzuceniu wyciszającego zaklęcia na swoje biuro, Stolas spędził kolejne pół godziny krzycząc z frustracji oraz ciskając książkami i meblami. Gdyby w tamtej chwili rodzice mogli go zobaczyć, powiedzieliby, że zachowuje się jak jebany bachor, ale Stolas o to nie dbał. Jego rodzice nigdy nie zdradzili się w taki sposób.

Chwyciwszy najbliższą butelkę szkockiej z barku, Stolas opróżnił niemal całą, nim wylądował na kanapie cały we łzach. Przez wszystkie te lata ze Stellą sądził, że coś między nimi było. Nie miłość, bo ta nigdy nie wchodziła w grę, ale zaufanie i przyjaźń. Byli małżeństwem od przeszło trzystu lat i sprowadzili na świat córkę, którą oboje cenili najbardziej na świecie. We wczesnym etapie związku często kłócili się o jego skłonność do pomagania niższej klasy demonom. Miasto Chochlików znajdowało się pod jego jurysdykcją i spędził setki lat, by uczynić je czymś więcej niż szambem. Czas płynął i wydawało się, że doszli do porozumienia, bo ich kłótnie zaczęły przypominać bardziej problemy, z którymi borykały się wszystkie małżeństwa.

Tak było do czasu, kiedy poznał Blitzo i zaczął z nim sypiać.

– Blitzy… – jęknął, przyciskając poduszkę do twarzy. – Tak mi przykro… Wybacz mi.

Sam nigdy nie zamierzał wybaczyć Stelli i jej rodzinie tego, co zrobili niewinnemu chochlikowi, na dodatek tak bliskiemu jego sercu. Sobie również za to, że do tego dopuścił. Może gdyby więcej czasu poświęcił żonie albo wolniej rozwijał związek z Blitzo, udałoby się tego uniknąć.

Stella wielokrotnie pytała, dlaczego tak bardzo się nim przejmował. Co sprawiło, że potężny Książę Stolas, zdolny przekraczać wymiary i władał starożytną magią, zakochał się w przedstawicielu najniższej rasy w Piekle, ryzykując tak poważne kłopoty?

Wrócił pamięcią do dnia, w którym do tego doszło.

 

***

Półtora roku wcześniej…

Stolasa nie obchodziło, co inni mówili o chochlikach i ich kutasach. To, czego doświadczył zeszłej nocy, było tak blisko osiągnięcia nirwany, jak tylko to możliwe w tym zapomnianym przez Boga wymiarze. Przewracając się na bok, Stolas próbował wyczuć swojego ukochanego Blitzy'ego, ale nie poczuł nic poza prześcieradłami i materacem. Z westchnieniem otworzył oczy, spodziewając się, że jego ukochany znów się wymknął, jak to często bywało, ale zamiast tego zobaczył go nagiego, palącego papierosa na balkonie.

– Blitzy? – zapytał, powoli się podnosząc.

– No cześć. Wstałeś. – Blitzo wzruszył ramionami. – Zwykle spotkanie z moim kutasem sprawia, że jesteś nieprzytomny całą noc.

– Hm, nie mam nic przeciwko, by znów poczuć twojego wielkiego ptaka w moim tyłku – odparł Stolas, pohukując z przyjemności. Zmarszczył brwi, widząc jak Blitzo wywraca oczami i ucieka wzrokiem gdzieś w bok. – Blitzo? Coś się stało?

Wzdychając, Blitzo strząsnął papierosa i odwrócił się, unosząc brwi.

– Jak długo będę twoim comiesięcznym chłopaczkiem do pieprzenia, Stolasie? Znaczy… Co jest we mnie takiego wspaniałego poza moim tyłkiem i chujem? Nie masz innych facetów albo dziewczyn do pieprzenia?

– Oczywiście, że nie, Blitzo – odparł Stolas, powoli się podnosząc. Podszedł do chochlika i powoli owinął wokół niego skrzydła. – Wiesz, że jesteś jedynym, którego pragnę w swoim łóżku.

– Taa, pewnie – parsknął, przewracając oczami. – Robimy to od roku i ciągle słyszę to samo pierdolenie.

– Nie zawsze. Co z tym razem, kiedy wybraliśmy się do Loo-Loo Landu albo kiedy nasze córki się zaprzyjaźniły? Albo wtedy, kiedy ocaliłeś mnie przed tamtym zabójcą? Nie wspominając o tym razie, kiedy zabrałeś mnie do miasta i udawałem zwykłego przechodnia, przez co skończyliśmy w samym środku walk ulicznych! Och, to dopiero była zabawa! – podsumował Stolas, szczerząc się w uśmiechu. Nie doświadczył czegoś tak ekscytującego od dawna, póki nie poznał Blitzo.

– Tak, ale… – Blitzo westchnął i potrząsnął głową. –  Słuchaj, doceniam to, że robisz wszystko, aby pomóc mi z biznesem, zwłaszcza że jesteś wystarczająco znany, by kontaktować nas z bogatymi klientami. Może nie dość bogaty, żeby załatwić wszystko, ale…

– To nie ja kupiłem działkę w Australii. Poza tym nie mógłbym, bo nie jestem mieszkańcem ani obywatelem tego kraju – przypomniał ze śmiechem Stolas.

– Hej, byłem o krok spełnienia marzenia o własnym ranczu. Jeśli o mnie chodzi, te australijskie kurwy mogą iść pieprzyć się z kangurami! – krzyknął Blitzo. Z westchnieniem potrząsnął głową. – Wracając... Czy tylko tym dla ciebie jestem? Zabawką erotyczną?

– Blitzo? – Stolas nie krył zaskoczenia.

– Po prostu nazywajmy rzeczy po imieniu, Stolasie. Pomijając te przypadkowe przygody, większość czasu albo ze mną flirtujesz, albo uprawiamy seks. Robię to tylko dlatego, że potrzebuję księgi, by przedostawać się do świata żywych – mruknął Blitzo. – Tak więc przepraszam bardzo, że nie do końca pasuje mi bycie wykorzystywanym, kiedy ci to pasuje, nawet jeśli seks jest niezły.

Oczy Stolasa rozszerzyły się, a on sam poczuł ukłucie winy w okolicach serca. Wcześniej tego nie zauważył, ale pomijając tych kilka wyjątków, to w istocie opisywało ich relację. Blitzo przychodził, by oddać książkę, Stolas wykorzystywał ją do swoich celów, uprawiali seks, a rankiem chochlik znikał razem z grymuarem. Jasne, czasami zostawał na śniadanie i nawet kilka razy wpadł na obiad, ale to zależało od okoliczności.

– Rozumiem… – Stolas ułożył dłonie na ramionach Blitzo. – Przepraszam, jeśli poczułeś się w ten sposób. Nie chciałem cię zranić, Blitzo.

– Wiesz, tak naprawdę wcale mnie nie zraniłeś. No weź, nie jestem cipką – odparł chochlik, przewracając oczami. Nie zdołał zamaskować ruchu ogonem. – Po prostu chciałem wiedzieć, co, do cholery, między nami jest.

– Cóż, chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić, o ile mi na to pozwolisz – odparł Stolas, uśmiechając się. – Mogę ci to udowodnić. Wpadnij w przyszłym tygodniu. Nie przynoś księgi. Obiecuję, że nie będziemy się kochać, jeśli nie będziesz miał ochoty.

– Czemu? Co będziemy robić? – zapytał Blitzo, unosząc brwi.

– Zobaczysz, Blitzy. – Stolas mrugnął porozumiewawczo. – Zobaczysz.

 

***

Tydzień później…

Stolasa cały tydzień chodził podekscytowany. Zaplanowanie, w jaki sposób spędzi czas z Blitzo, było proste, czego nie dało się powiedzieć o oczekiwaniu i niewiele brakowało, żeby stracił cierpliwość. Blitzo przybył zgodnie z planem i czekał przed pałacem, gdzie Reginald wskazał mu drogę i skłonił się przed odejściem.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział chochlik, ścierając krew z kurtki. – Dostałem twoją wiadomość w środku zlecenia. Grupa eleganckich studentek, które znęcały się nad inną dziewczyną tak bardzo, że doprowadziły ją do samobójstwa. Okazały się zaskakująco dobrymi wojowniczkami, kiedy na szali znalazło się ich życie.

– Mam nadzieję, że nie jesteś ranny?

– Nie, ale powinieneś zobaczyć Moxxiego. – Blitzo zachichotał. – Kretyn opuścił gardę i oberwał kijem bejsbolowym prosto w ptaszka. Rany, po czymś takim on i Millie nie mają co liczyć na potomstwo!

Kręcąc z rozbawieniem głową, Stolas nakazał Blitzo podążyć za sobą i oprowadził go wokół pałacu. Blitzo wodził wzrokiem na prawo i lewo, nie kryjąc znudzenia, póki nie dotarli na podwórko, gdzie jego szczęka aż opadła z zachwytu. Stolas szybko zrobił mu zdjęcie telefonem, kiedy oczy chochlika zamieniły się w gwiazdy na widok dwóch białych, czystej krwi arabskich koni, które w miejscu utrzymywała para lokai.

– Czy… czy to są… konie…? Żywe… arabskie konie?! Z Ziemi?! – zapytał radośnie Blitzo. Zaklaskał, przestępując z nogi na nogę niczym dziecko, które właśnie spotkało Świętego Mikołaja. Na swój sposób wyglądał przy tym uroczo.

– Tak, wypożyczyłem je na dzisiaj od znajomego. Obiecał mi przysługę i zdecydowałem się ją odebrać – wyjaśnił Stolas, podchodząc do jednego z koni, by móc go pogłaskać. – Są dobrze wyszkolone i niezwykle urodziwe, nie uważasz?

– Nigdy nie widziałem wspanialszych istot! – Podszedł do tego po lewej i zaczął się nad nim rozpływać. Pogłaskał go po grzywie i podrapał za uchem, wciąż szepcąc z podekscytowaniem. Jego oczy zalśniły, kiedy wyjął marchew i zaczął karmić nią konia. – Jakim cudem są w stanie przeżyć w Piekle?

– Mój znajomy nakłania swoich ziemskich wyznawców, by składali je w ofierze z myślą o nim – wyjaśnił Stolas. – Ich dusze powędrowały prosto do niego, a on z pomocą magii nadał im fizyczną formę. Dzięki temu mógł je trenować i przystosować do życia w Piekle, przynajmniej w tym mniej niebezpiecznym obszarze.

– Jak się nazywają? – dopytywał Blitzo, również zaczynając głaskać jedno ze zwierząt.

– Xander i Aragon – odparł Stolas, wspinając się na tego drugiego. – Masz ochotę na przejażdżkę?

– Jeszcze pytasz?! – Blitzo wskoczył na Xandera z w prawą, która zaskoczyła księcia. Sądził, że chochlik będzie potrzebował lekcji albo dwóch, a jednak zachowywał się tak, jakby już kiedyś zasiadał w siodle. – Naprzód!

Z krzykiem Blitzo kopnięciem zmusił Xandera do galopu w kierunku pobliskiego lasu. Nie tracąc czasu, Stolas dołączył do niego na grzbiecie Aragona i razem wpadli między drzewa.

 

***

Trzy godziny później…

Po kilku godzinach jazdy, kłusu i pozwalaniu koniom na bycie sobą, Stolas zadecydował o przerwie na obiad. Podczas gdy koniec skubały trawę, demon przywołał kosz piknikowy – pełen kanapek, frytek, wina i sałatek. Spokojnie przegryzając swoją kanapkę z salami i serem, Stolas z rozbawieniem obserwował jak Blitzo rozczesuje końskie grzywy.

Chochlik kolejny raz go zaskoczył. Jeździł konno dużo lepiej od Stolasa, a Xander wydawał się w pełni rozluźniony pod jego kontrolą. Kierowany ciekawością, książę podniósł się spod drzewa pod którym odpoczywał i zapytał:

– Gdzie nauczyłeś się tak dobrze obchodzić z końmi?

– Och, mieliśmy kilka w cyrku, w którym dorastałem – wyjaśnił Blitzo, podczas gdy koń polizał go po nosie. – Jakiś ty słodki.

– Zgaduję, że tamte konie pochodziły z Piekła? – zapytał Stolas.

– Taa, wyglądały jak szkielety i tak dalej – przyznał Blitzo, siadając pod drzewem. Sięgnął po sałatkę owocową i zaczął się nią bawić. Odezwał się dopiero po chwili. – Daleko im do bycia pięknymi istotami. Ale kiedy pierwszy raz zobaczyłem zdjęcie ziemskich koni, zakochałem się od pierwszego wejrzenia.

– Skąd to zauroczenie? Znaczy… Nie zrozum mnie źle, w końcu to majestatyczne stworzenie, ale dlaczego akurat konie? – zapytał Stolas, przekrzywiając głowę.

Blitzo przez chwilę milczał. Zamknął oczy, by móc się zastanowić. Kiedy je otworzył, Stolas dostrzegł w jego spojrzeniu coś, czego nigdy wcześniej u niego nie zaobserwował: tęsknotę.

– Sądzę, że to dlatego… że wydają się wolne. Zupełnie jakby nie skupiały się na niczym prócz otaczającego je świata. Biegają tam, gdzie mają ochotę. Jadają tam, gdzie się znajdują. Zawsze trzymają się razem, jak to stado. Nie porzucają siebie nawzajem i nie szukają kłopotów. Po prostu podróżują, podążając do miejsca, w którym będą szczęśliwe i zaznają spokoju. – Spojrzał na Stolasa i zapytał: – Czy kiedykolwiek miałeś ochotę zrzucić z siebie brzemię życia? Porzucić pracę, podatki i wszystko to, co przypomina nam o tym, jak przeklęci jesteśmy i tak dalej? Wyrzucić to przez okno, a potem uciec w dzicz? Nie liczyłoby się nic poza podróżowaniem, jedzeniem i byciem szczęśliwym u boku tych, którzy są ważni. Bez przejmowania się konfliktem między Niebem a Piekłem. Z daleka od tych, którzy cierpią tylko dlatego, że to Piekło. Nikt nie byłby oceniany przez swoje dochody albo klasę. Szczerze? Właśnie to mają konie i tego bym pragnął… Wszyscy powinniśmy do tego dążyć.

Blitzo z uśmiechem spojrzał w niebo.

– Chciałbym podążyć tam, gdzie chcę, robić to, czego zapragnę i być z tymi, którzy są dla mnie ważni. Naprawdę, najważniejszym powodem, dla którego założyłem I.M.P., była chęć zaczęcia czegoś, co nikomu innemu nie przyszłoby do głowy. Nie zrozum mnie źle, jestem dobry w zabijaniu i naprawdę to lubię, ale wiem również, co oznacza stracić wszystko, spaść na dno i nie mieć dość siły, by czerpać satysfakcję z zemsty. Wydaje mi się, że chciałem po prostu dać taką możliwość innym. Jasne, daleko im do bycia miłym, a mnie zdarzało się zabijać niewinnych, ale co mi pozostało? Urodziłem się w Piekle, a tu zbawienie nie jest możliwe. Niebo i Piekło postrzegają mnie jako niższej klasy zidiociałego chochlika, który nie zasłużył na nic więcej. Dlatego marzę, by być koniem i móc uciec gdzieś, gdzie mógłbym być sobą i zaznać wolności.

– … Blitzo – wykrztusił z podziwem Stolas. Czuł się poruszony samą myślą i coś się w nim zmieniło. Spuścił głowę, czując napływające do oczu łzy. Wtedy zrozumiał, że w tym chochliku było coś więcej, niż początkowo mu się wydawało. – Ja… trochę ci zazdroszczę.

– Ty? Jesteś bogaty, potężny i należysz do nielicznego grona demonów, które mają powiązania z Aniołami. Czego mógłbyś mi zazdrościć?

– Nie mam takiej swobody i energii jak ty – mruknął Stolas, wpatrując się w swoje szpony. – Całe życie byłem przygotowywany do pełnienia roli Księcia Piekieł. Nie miałem na to wpływu. Nie zrozum mnie źle, lubię to, co robię, ale chciałbym mieć więcej swobody. Czytać książki, popijać herbatę i móc zwiedzić te miejsca w Piekle i na Ziemi, których jeszcze nie widziałem. Znaleźć przyjaciół, którzy polubiliby mnie za to, kim jestem, a nie przez mój status społeczny. Udało ci się stworzyć jedną z najbardziej znanych i…

– Udało? – zapytał z uśmiechem Blitzo.

– … interesujących firm w Piekle – powiedział Stolas z uśmiechem, na co Blitzo mruknął coś pod nosem. – Wybacz, Blitzy, ale naprawdę musisz lepiej zarządzać swoimi pieniędzmi.

– Głupi Australijczycy – wymamrotał Blitzo, opierając się o drzewo. Ramieniem otarł się o Stolasa. – Ale w jednej kwestii się mylisz, Stolasie. – Spojrzał na sowiego demona z uśmiechem. – Już masz przyjaciela, który lubi cię za to, kim jesteś.

– Ty za to jesteś lepszą osobą niż sądzisz, Blitzo – powiedział Stolas, szczypiąc go w policzek.

– Ach, zamknij się – rzucił Blitzo. Przeciągnął się i ziewnął. – Zdrzemnę się przez chwilę. Cała ta jazda naprawdę mnie zmęczyła.

– Hmm, brzmi nieźle – powiedział Stolas, obejmując swojego Blitzy’ego ramionami.

Blitzo nie miał nic przeciwko, a chwilę później pochrapywał spokojnie w objęciach księcia. Uśmiechając się, Stolas zamknął oczy i zapadł w sen u boku najwygodniejszej poduszki, jaką znał.

 

***

Później…

Po przebudzeniu obaj zadecydowali, że pora wracać, zwłaszcza że nadszedł wieczór. Przed oddaniem lejców kamerdynerom, Blitzo po raz ostatni pogłaskał konie i ucałował je w nosy. Z westchnieniem otarł łzy.

– Są zbyt urocze.

– Tak jak i ty, Blitzy – rzucił z porozumiewawczym mrugnięciem Stolas. Chochlik się zarumienił. – Cóż, niestety nie zaplanowałem na dzisiaj niczego więcej. Stella prosiła, żebym zjadł kolację z nią i Octavią, więc obawiam się, że tutaj nasze drogi się rozchodzą. Cieszę się, że przyszedłeś i mogliśmy spędzić miło czas.

– Taa… – Blitzo potarł tył głowy. – Było miło.

– Do zobaczenia w takim razie – powiedział Stolas i odwrócił się, chcąc ruszyć w stronę domu, ale nie miał po temu okazji.

– Cz-czekaj! – zawołał Blitzo, dopadając do księcia. Zatrzymawszy się przed Stolasem, wymamrotał: – Ehm, cóż, jedno z naszych zleceń było całkiem nieźle płatne i tak sobie pomyślałem, by zorganizować firmowe wakacje na jednej z popularniejszych wysp na Ziemi. W najbliższą sobotę nikogo tam nie będzie. Mam wrażenie, że jestem ci coś winien za dzisiejszy dzień, więc może chciałbyś do nas dołączyć? Wiesz, Octavia i Loona się zaprzyjaźniły, więc byłoby miło, gdyby mogły się spotkać, tak?

Rumieniąc się, Stolas przełknął i przesunął dłonią po tyle swojej głowy.

– Ehm… Pewnie, ale jest coś, o czym powinieneś wiedzieć.

– Co takiego?

– Nie umiem pływać – wymamrotał Stolas.

Oczy Blitzo rozszerzyły się. Parsknął, a potem roześmiał się w głos, wprawiając księcia w jeszcze większe zakłopotanie.

– Serio?! Potężny, zdolny podróżować między światami książę nie potrafi pływać? Masz jakieś… Ile? Cztery tysiące lat? Naprawdę nigdy się nie uczyłeś?

– Widziałeś kiedyś pływającą sowę? Niezbyt urocze. Wciąż nie mogę uwierzyć, że nawet Octavia pływa lepiej ode mnie – mruknął, krzyżując ramiona.

– Cóż, myślę, że zajmiemy się tym na miejscu – oznajmił Blitzo, obejmując Stolasa w pasie. – Jestem świetnym nauczycielem pływania! Nauczyłem moją Loony wszystkiego, co sam wiem.

– Sam nie wiem…

– Postaraj się, a pomyślę nad wetknięciem ci mojego ogona w tyłek i może nawet pozwolę possać kutasa. – Blitzo wyszczerzył się w uśmiechu.

– ZGODA! – wykrzyczał Stolas, podniecony samą perspektywą. Jego tyłek aż o to prosił.

– Świetnie. Do zobaczenia! – powiedział Blitzo. Odwrócił się i zawahał. Stolas przekrzywił głowę, widząc jak chochlik wyraźnie się nad czymś zastanawia. – Ach, cholera… Czemu nie? – rzucił, wzruszając ramionami.

Chwyciwszy Stolasa za przód koszuli, Blitzo przyciągnął księcia do siebie i pocałował w usta. Odkąd zaczęli ze sobą sypiać, chochlik nigdy go nie całował. To była jedyna zasada, którą na samym początku narzucił. Stolas nie miał nic przeciwko, świadom, że sypialnie z księciem samo w sobie musiało stanowić wyzwanie, więc to był pierwszy raz, kiedy ich usta się dotykały.

Stolas czuł niewyobrażalną moc, która towarzyszyła mu przez długie lata życia i przekraczania barier rzeczywistości. Brał udział w rytuałach, przyzwaniach i wydarzeniach, które zmieniły go zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz.

Niczego jednak nie dało się porównać do pocałunku, którego właśnie doświadczał. Nigdy nie zawitał w Niebie – co najwyżej w Czyśćcu – ale to? Ta krótka chwila okazała się niczym Niebiańskie błogosławieństwo. Stolas nigdy nie doświadczył czegoś równie pięknego i uroczego.

Skończywszy pocałunek, Blitzo odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i popędził do wyjścia, wymachując rękami w powietrzu.

– Do zobaczenia!

Powoli dotknąwszy ust, Stolas poczuł coś, co dotychczas było zarezerwowane dla jego matki, ojca i córki. Coś, czego nie wywołała w nim żadna istota, z którą zdarzyło mu się sypiać.

Miłość.

Ten jeden pocałunek uświadomił Stolasowi, że właśnie zakochał się w tym cholernym chochliku.

 

***

Obecnie

Stolas wiedział, że on i Blitzo nigdy nie mieli dostać tego, czego pragnęli. Chciał, żeby chochlik został jego partnerem, chłopakiem, może nawet mężem, gdyby wszystko ułożyło się zgodnie z planem. Ignorując fakt, że już niejako był żonaty – choć nie na długo – dobrze wiedział, że hierarchia Piekła nie zaakceptowałaby takiego związku. Nawet Lucyfer byłby za jego ukryciem.

Odkąd ich relacja nabrała tempa, Stolas w pełni zrozumiał pragnienie Blitzo, by stać się wolnym jak koń.

– Blitzo… Przepraszam… – wyszeptał. Musiał go znaleźć. Ocalić go. Nawet jeśli to oznaczało… zabicie matki jego własnej córki.

– Panie! – Reginald gwałtownie otworzył drzwi.

– Reginaldzie, powiedziałem, że…

– Stolas!

Sowiemu Księciu aż zaschło w gardle, a serce omal mu nie stanęło, kiedy jego żona – eskortowana przez strażników – ruszyła w jego stronę ze łzami w oczach.

– Musisz ich powstrzymać! – zawołała Stella. – Musisz ocalić Blitzo zanim będzie za późno!

_________________

*TMI – skrót od Too Much Information, czyli „za dużo informacji". W polskim slangu też funkcjonuje, więc zostawiam zgodnie z oryginałem. ;)


         

Autor: TalosLives
Tłumaczenie: Nessa

Notka od tłumacza: Dla Blitzo – szefa I.M.P. – kilkudniowe nieobecności były normą. Zwykle robił wtedy coś szalonego, co najpewniej miało wpakować go w kłopoty. Właśnie dlatego jego podwładni nigdy nie zwracali na to uwagi, planując po prostu okrzyczeć go, kiedy wróci. Dopiero po dziewięciu dniach nieobecności zaczynają podejrzewać, że ich szefa spotkało go coś niedobrego.
Obawy potwierdza jedno proste, zasłyszane przez telefon zdanie: „Mamy twojego szefa”.


SPIS TREŚCI:

I. Połączenie
II. Książę
III. Księga
IV. Wspomnienia (część 1)
V. Wspomnienia (część 2)
VI. Pościg
VII. Przesłuchanie
VIII. Imię
IX. Cierpienie (część 1)
X. Cierpienie (część 2) (Obecnie czytane)

...

Zwykle nie wrzucam ostrzeżeń, bo z założenia cała historia jest jako 18+, ale mam wrażenie, że tym razem by wypadało. Pomijając kilka mocniejszych pomysłów autorki na tortury, mamy jeszcze gwałt – bez opisów oczywiście, ale wyraźnie zasugerowany. Jeśli ktoś czuje się  niekomfortowo i woli pominąć ten fragment, oznaczyłam odpowiednią partę tekstu.

***

Trzy dni temu…

Woda wyrwała Blitzo ze snu. Ocknął się, gwałtownie nabierając powietrza, po czym rozejrzał dookoła, by odkryć, że znów wylądował w lochu razem z Bobem, Steve’em oraz Kurwą, która zaserwowała mu lodowaty prysznic. Przyjrzawszy się sobie, przekonał się, że jego ubrania zniknęły, a on świecił tyłkiem, nagi jak w dniu narodzin.

W pamięci wciąż miał to, co usłyszał wcześniej, więc spróbował się podnieść i popędzić do drzwi, ale jego ciało szybko się poddało. Upadł na ziemię z jękiem frustracji. Rany, których doznał, okazały się ponad jego siły, a jakby tego było mało, Blitzo czuł, że będzie gorzej. Jego obawy spełniły się, kiedy Steve podszedł do biurka (nie było go tam wcześniej), by podnieść pokryty zaschniętą krwią kolczasty bicz. Oczy Blitzo rozszerzyły się, kiedy Bob siłą poderwał go ku górze, obojętny na protesty. Chwilę później znalazł się przy ścianie, zwrócony do niej twarzą. Z góry opadły łańcuchy, a on został przymuszony do uniesienia rąk, by kajdany mogły zacisnąć się wokół jego nadgarstków.

Wciąż ciężko dyszał, kiedy uniesiono go kilka stóp nad ziemię. Drzwi otworzyły się, a Blitzo został zmuszony do zwrócenia się w stronę odzianej w ciemny płaszcz postaci oraz towarzyszącego jej wysokiego i fantazyjnie ubranego sowiego demona o zielono-białym upierzeniu. Miał na sobie niebieski garnitur ze złotymi guzikami i patrzył na Blitzo tak, jakby miał do czynienia z obrzydliwym robakiem.

Zakapturzona postać, o bliżej nieokreślonym wyglądzie, podeszła bliżej i spojrzała na chochlika spod kaptura.

– Wiesz, zawsze myślałem, że chochliki to pozbawieni honoru tchórze. Że to samolubna rasa, która dba wyłącznie o siebie i staje po stronie każdego, kto obieca im ochronę. Ale ty? Mam pewien szacunek do oporu, który okazujesz.

– Dzięki. Dostanę za to nagrodę Emmy? – zapytał Blitzo, walcząc z krępującymi go więzami.

Zakapturzona postać potrząsnęła głową, po czym zwróciła się do Boba i Steve’a.

– Róbcie to, co wam powiedziałem. Złamcie go, niech jego ciało i umysł się rozpadną. Ale pod żadnym pozorem nie wolno wam go zabić.

Bob i Steve przytaknęli i skłonili się. Wtedy zakapturzona postać zwróciła się do Blitzo.

– To twoja ostatnia szansa. Powiedz nam, gdzie jest księga, albo kolejne trzy dni będziesz odkrywał, czym jest prawdziwe piekło. – Blitzo nawet nie wahał się nad odpowiedzią, tyko po prostu splunął mu na płaszcz. Zakapturzony spojrzał na ślinę, prychnął, po czym oddali się w towarzystwie demonicznej sowy. – Jak wolisz.

Zanim Blitzo zdążył odpowiedzieć, Bob siłą odwrócił go w stronę kamiennej ściany. Pięć sekund później rozbrzmiał trzask bicza, a chochlik poczuł, jak postrzępiony koniec zagłębia się w jego plecach. Nie zdołał powstrzymać krzyku i całej wiązanki przekleństw, która poprzedziła kolejne uderzenie.

Bicz opadał z coraz większą siłą, uderzając a to w plecy, a to kończyny. Nie oszczędzili nawet jego tyłka. Blitzo czuł, jak skóra złuszcza się i opada wraz ze spływającą na ziemię krwią. Mieszała się z płynącymi bez chwili przerwy łzami.

Próbował myśleć o czymkolwiek, by przytłumić ból. Jego córka. Jego praca. Jego rodzina. Stolas. Moxxie i Millie. Programy telewizyjne. Książki. Filmy. Konie. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu zignorować cierpienie.

Jednak wkrótce tylko ból wypełniał jego myśli. Jedynym, co słyszał, stały się jego krzyki i błagania o to, by nastał koniec. Tyle że ten nie nadszedł.

 

***

⚠️ warning – start

Dwa dni temu…

Piekło nigdy tak naprawdę nie było „piekłem” dla tych, którzy się w nim narodzili. Nie w pełnym znaczeniu tego słowa. Dało się przyzwyczaić do cierpienia, bólu i prześladującego wszystkich wokół pecha. Przetrwać mogli tylko najsilniejsi. Słabi byli pożerani. Musiałeś piąć się wyżej i wyżej, bo w innym wypadku kończyłeś jako zerżnięta przez kogoś innego suka. Niektórzy ludzie uczyli się tego bezpośrednio w Piekle, dla innych było to oczywiste od początku. Blitzo nauczył się, co oznacza Piekło, kiedy stracił rodzinę z rąk kogoś, kto okazał się silniejszy. Zginęli wszyscy poza nim, bo szczęśliwie zdołał uciec na czas.

Wtedy obiecał sobie, że już nigdy nie okaże słabości i nie straci tego, co udało mu się zyskać. Powoli piął się ku górze, pozostawiając za sobą kolejne martwe ciała. Niektórzy byli niewinni, o ile w Piekle to słowo miało rację bytu. Niektórych szczerze żałował, ale innych pragnął zabić po raz drugi. Blitzo sądził, że znalazł swój azyl, kiedy założył I.M.P. Miał sojuszników, kontakty, potęgę i wpływ na codzienne życie. Każdy pragnął zemsty, szczególnie na kimś ze świata żywych albo po prostu chciał wyeliminować kogoś ze swojego otoczenia. Stolas nie był jedynym szlachcicem, który zatrudniał go, by pozbyć się celebrytów, polityków albo aktywistów, którzy przeszkadzali mu w manipulacjach na Ziemi. Wszyscy – od bogaczy po zwykłych cywili – korzystali z usług I.M.P, a życie w końcu wydawało się układać zgodnie z oczekiwaniami Blitzo, nawet mimo ciągłych problemów finansowych.

Jednak powinien przewidzieć, że to nie takie proste. Piekło wciąż było Piekłem, a Blitzo właśnie doświadczał jego nowego wymiaru. Westchnął cicho, kiedy kolejny nóż zanurzył się w jego boku – tym razem tak ostry, że aż zagłębił się w żebrze. Chochlik nie miał pojęcia, jakim cudem wciąż żył, ale może miało to jakiś związek z narkotykami, które wstrzyknęli mu z pomocą strzykawek. Konkretnie tych, które wciąż tkwiły w jego piersi.

Czuł się jak pierdolona poduszka na szpilki przez te wszystkie noże, strzały, sztylety, igły i inne ostre przedmioty zagłębione w ciało. Kałuża krwi, która uformowała się pierwszego dnia trwającego koszmaru, powiększyła się trzykrotnie. Blitzo wręcz marzył, by pochwycić jeden z tych sztyletów i poderżnąć sobie gardło, byleby w końcu to zakończyć. Niestety, oba jego krwawiące nadgarstki krępowały łańcuchy. Jakby tego było mało, demoniczna sowia panienka zrobiła mu zdjęcia, by dodatkowo go upokorzyć.

– … proszę… skończcie już – rzucił błagalnym, zachrypniętym głosem. – W imię… czegokolwiek, do cholery… po prostu skończcie.

– Twarda z ciebie sztuka – ocenił Bob, podchodząc do stołu, by chwycić kolejne narzędzie. – Zaczyna mi się to podobać. A teraz stul swoją tłustą mordę.

– Pieprz się… – mruknął Blitzo. Krew zalała mu oczy. – Chore… pojeby…

– Może i tak, ale kogo to obchodzi? – Bob uniósł lśniące, białe ostrze i zagwizdał. – Stal Słoneczna. Mówią, że potrafi być równie bolesna, co i ta wykorzystywana do stworzenia Anielskiego Ostrza. Próbujemy?

– N-nie! Nie, proszę! – zaczął błagać, kiedy Steve i Kurwa podeszli bliżej. – Po prostu mnie zabijcie! Mam już dość! Wystarczy!

Błagał i pojękiwał, podczas gdy całe jego ciało trzęsło się ze strachu. To przypominało oczekiwanie na egzekucję, tyle że ze świadomością przeżycia kosztem potwornego bólu. Sekundy ciągnęły się niczym godziny, podczas gdy Blitzo próbował się uwolnić, wyrzucając z siebie kolejne prośby, których nikt nie słuchał.

Wtedy się stało… Powoli.

Blitzo nigdy nie krzyczał tak głośno, ani nie czuł tak okropnego bólu. Wrażenie było takie, jakby jego plecy płonęły, a do tego jadowite mrówki urządziły sobie ucztę na ciele. Kości zdawały się topić, podczas gdy nóż powoli zdzierał kolejne warstwy skóry. Krzyczał o pomoc, ale nie miał pojęcia do kogo się zwracał. Dźwięk płonącego, skwierczącego ciała był zbyt głośny. Czy wzywał ojca? Swoje siostry? Loonę? Stolasa? Szatana albo Boga? Może nawet Jezusa we własnej osobie? Wybrałby nawet wszystkie opcje, jeśli tylko zagwarantowałyby koniec tego, co właśnie się działo.

Nawet kiedy nóż zniknął, Blitzo wciąż miotał się, jakby dalej tam był. Cały jego system nerwowy płonął, umysł zbliżał się do wybuchu. W końcu poczuł, że kajdany się otwierają i upadł w kałużę własnej krwi. Jęknął, słaby i żałosny, ale nie dbał o to. Pragnął wrócić do domu. Prosto do rodziny.

– Proszę… pomocy… niech ktoś… mnie ocali – wykrztusił i zamknął oczy.

– Po prostu to skończmy. – Usłyszał jak Steve zwraca się do pozostałych. – Złamał się.

– Szef kazał to ciągnąć do końca dnia.

– N-nie! – wykrzyczał Blitzo, powoli czołgając się w ich kierunku. – Więcej nie… ja… zrobię wszystko…

– Wszystko? – powtórzył Bob, uśmiechając się. – Będziesz… nazywał mnie swoim mistrzem?

– T-tak… – załkał, pochylając głowę. – T-tak, mistrzu…

– Całował moje stopy?

Blitzo zauważył but, który lekko szturchnął jego posiniaczoną, zalaną łzami twarz. Przełknął, po czym pokrwawionymi ustami kilkukrotnie go ucałował, zanim został odepchnięty na bok. Steve z uśmiechem pochylił się, podczas gdy Blitzo owinął się ramionami. Starał się trzymać twarz z daleka od strażników, jednak sowi demon przymusił go do spojrzenia szarpnięciem lodowatych, silnych szponów.

– Pozwolisz, żebym cię przeleciał? Tak mocno, że tyłek będzie ci krwawić przez kilka kolejnych tygodni?

– Ew, chcesz wyruchać chochlika? – zapytała Kurwa, wystawiając język.

– Czemu nie? Skoro książę robi to regularnie, coś w nim musi być, prawda?

– Ja… ja… ja…

Blitzo zabrakło słów. Nie mógł wykrztusić ani jednego. Umysł podsuwał mu „tak” i „nie” w tym samym czasie. Jakaś jego cząstka podpowiadała, że i tak przeżyje, podczas gdy druga przypominała, że miał swoją dumę. Pragnął żyć, ale czy kosztem wykorzystania się w ten sposób? A może śmierć była lepsza? A może dalsze znoszenie cierpienia?

– Nie… Ja…

Zanim zdążył dokończyć, gorący nóż przeciął powietrze i jego ogon. Ból powrócił, a Blitzo zawył głośniej, a między przekleństwami i błaganiami, wykrztusił jedno słowo… Jedno słowo, które sprawiło, że ostatecznie się złamał.

Powiedział: tak.

Blitzo poczuł, jak wraz z tym jednym słowem umiera wewnętrznie. Chwilę później został odwrócony tyłem. Jego serce i dusza rozpadały się na kawałki przy każdym pchnięciu.

Kiedy nastał koniec, zaległ bezwładnie w kałuży własnego potu, krwi, łez i spermy.

Tak jak obiecali, zostawili go w spokoju i nawet uzdrowili, żeby nie umarł, ale to już nie miało znaczenia. Nie musieli go krzywdzić.

Nie, skoro teraz czuł ból zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz.


 ⚠️ warning – end

***

Wczoraj

Tej nocy nie mógł spać. Nawet nie płakał. Po prostu leżał na brudnej posadzce, bez mrugania spoglądając w ciemność. Kiedy na jego twarzy wylądowała mucha, nie zareagował. Nie czuł ani tego, ani bólu. Ani ciepła, ani zimna. Nie było czegoś takiego jak powietrze czy temperatura – wyłącznie cisza i ciemność.

Nie myślał, nie ruszał się, a po prostu patrzył i czekał. Wyczekiwał kolejnego dnia cierpienia. Próbował sobie przypomnieć wcześniejsze dni, ale te wydawały się puste. Wypełniały je twarze i imiona, które pamiętał, ale teraz okazały się zamazane. Widział wyłącznie tańczące wokół jego nagrobka cienie.

To było zabawne. Blitzo wciąż oddychał i myślał, ale zarazem czuł się martwy w środku. Jego ciało było niczym kupa zepsutego mięsa. Duszę zmiażdżono i zbezczeszczono, pozostawiając wciąż pulsujące blizny. Umysł wypalono – panowała w nim cisza – tak jak i w niezdolnym do dalszego łkania sercu.

Wkrótce mieli wrócić i wszystko zacząć od nowa, ale już o to nie dbał. Jaki był w tym sens? Pozostawał bezsilny. Był bezsilnym chochlikiem, któremu wszystko odebrano. Nawet dumę.

Drzwi otworzyły się, ale Blitzo się nie odwrócił. Czekał aż znów zostanie uniesiony za ramiona. Jego głowa opadła bezwładnie, kiedy wynieśli go z lochu; po prostu obserwował przemykające kamienie, podczas gdy ciągnęli go w kierunku przeznaczenia. Może tym razem w końcu zamierzali go zabić? Jeśli tak, zamierzał przyjąć to z ulgą. A może planowali dla niego coś wyjątkowego? Czy czasem go do czegoś nie potrzebowali? Albo dla kogoś? Wszystko było… takie zamazane.

Blitzo powoli uniósł głowę i spojrzał na osobę, która go niosła, by odkryć, że nie miał do czynienia ani z Bobem, ani ze Steve’em, ani nawet z Kurwą. To byli jacyś dziwni, przypominający ptaki goście o czerwonych nosach i twarzach. Wyglądali jak clowni.

Clowni. Cyrk. Czy kiedyś tam występował?

Nie, pracował w firmie. Miał rodzinę. A może dwie rodziny?

Głośny brzdęk prawie sprawiło, że podskoczył, ale rozluźnił się, widząc otwierające się metalowe drzwi. Syknął, kiedy oślepiło go jasne światło. Gdzie podziały się cienie? Skąd brał się ten blask? Niosące Blitzo krucze demony powoli przekroczyły próg, a jeden z nich nacisnął podświetlony przycisk na bocznym panelu. Blitzo poczuł, że cały pokój się unosi i wtedy słowo „winda” zawitało do jego umysłu. Zgadza się – winda.

Ale dokąd jechali?

Kilka minut później, wraz z kolejnym brzdękiem, Blitzo został oślepiony po raz drugi. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, gdzie się znalazł. Było tak… jasno i kolorowo – czerwone i niebieskie zdobienia pokrywały marmurowe kolumny. Salon wyposażono w miękkie, wygodne meble oraz przedstawiające sowie demony obrazy, drogie wazy i nawet fortepian na którym ktoś grał. Była to srebrzysta sowa, starsza, o czym świadczyły pomarszczone pióra i siwe włosy. Miała zielone skrzydła i ogon, a na sobie kosztowną suknię, perły oraz diamentowe kolczyki.

Muzyka, którą wygrywała, była jednym z najsłodszych dźwięków, jakie Blitzo słyszał od… Kiedy zaczęło się cierpienie? Starsza demonica zauważyła ich i przerwała grę, by móc się podnieść. Podeszła – opanowana i dumna – po czym spojrzała na Blitzo bez większego zainteresowania. Tak samo jak wszystkie inne demoniczne sowy, ale… dlaczego pamiętał takie samo spojrzenie, ale pełne troski, pasji i… miłości?

Obrazy stały się nieco wyraźniejsze. Osoby, które powinien znać. Które znał i o które się troszczył. Kim były?

– No, jak on się ma? – zapytała staruszka.

– Nic nie powiedział ani nie zrobił odkąd go zabraliśmy. Ma symptomy szoku albo załamania nerwowego, Lady Nataszo – oznajmił jeden z trzymających Blitzo strażników.

– Hm, powinniśmy go złamać, ale nie do końca. – Lady Natasza nachyliła się. Blitzo zauważył, że jej szpony lśniły zielenią. – Odrobina magii powinna mu pomóc.

Położyła jeden z palców na czole chochlika, a on poczuł się tak, jakby czaszka za moment miała mu pęknąć. Początkowo był ból, ale prawie natychmiast zastąpiła go ulga. Niczym gorący strumień obmywającej ciało wody. Zamknął oczy, czując coś, czego nie zaznał od bardzo dawna.

Całkowity spokój.

Powoli otworzył oczy i zobaczył wszystko wyraźnie, bez brudu, krwi i łez. Blitzo poczuł, że znów jest w stanie stanąć o własnych siłach i prawie to zrobił, póki nie został odciągnięty przez… tengu. Tengu! Tak się nazywali.

Podążając za Lady Nataszą, strażnik pociągnął oszołomionego Blitzo w głąb długiego, wyłożonego czerwonym aksamitem korytarza, gdzie w ciszy ustawiły się inne tengu. Od czasu do czasu dało się zauważyć sowie demony w przebraniach pokojówek oraz kamerdynerów. Spoglądali na niego, niektórzy z odrazą, inni ze współczuciem, podczas gdy Blitzo pragnął zniknąć.

Zniknąć i wrócić do… swojej… rodziny.

Do rodziny.

Jego oczy rozszerzyły się, kiedy twarze z jego wspomnień w końcu nabrały ostrości. Pamiętał! Pamiętał wszystkich! Prawie się popłakał, ale był pewien, że jego oczy są na to zbyt suche. Tyle że to nie było ważne. Wystarczyło, że jego serce łkało na samą myśl o tym, że prawie zapomniał o najważniejszych osobach w swoim życiu: o Loonie, swojej ukochanej córce. O Moxxiem i Millie, swoich najbliższych przyjaciołach i współpracownikach. O Stolasie, swoim kochaniu i wsparciu, a także jego córce, będącej zarazem najlepszą przyjaciółką Loony.

Prawie o nich zapomniał. Ale gdzie teraz byli?! Czy też zostali uprowadzeni? Nie, pamiętał, że chodziło tylko o niego. Dorwali go i planowali do czegoś wykorzystać. Ale do czego?! Gdzie w ogóle się znajdował, do cholery?!

Blitzo rozejrzał się po pokoju, próbując znaleźć jakieś wskazówki, ale wtedy zauważył okno. Pierwszy raz od wielu dni zobaczył rozciągające się nad Piekłem nieboskłon i poczuł, że jego serce rośnie na sam ten widok. Zapragnął zamienić się w ptaka i odlecieć daleko stąd. Albo stać się koniem, przemierzającym czarne i czerwone piaski pustyni, ciągnące się aż za wzgórza daleko stąd.

Czarne i czerwone piaski na pustyni? To było niecodzienne. Czy większości pustyń nie pokrywał żółty piasek? Jedynym wyjątkiem był… był…

Nazwa zaświtała w umyśle Blitzo, więc zmusił się do tego, by się na niej skupić. Przecież ją znał, miał ją na końcu języka. Pamiętał, bo już kiedyś tam był. Chodziło o zlecenie? Wakacje? Może, ale to i tak nie było ważne. Chwila, to miejsce miało dwie nazwy! Jedną ogólną, a drugą używaną przez miejscowych. Nie pamiętał tej formalnej, ale wszyscy nazywali to… Zakątkiem Abbadona.

Znajdował się niedaleko Miasta Chochlików. Mniej więcej dzień podróży, jeśli być precyzyjnym. Był tak blisko domu i zarazem tak daleko. Ta myśl go oszołomiła. Gdyby tylko istniał sposób, w jaki mógłby poinformować o tym innych.

Ciągali go jak worek śmierci aż do momentu, w którym Lady Natasza otworzyła ostatnie z serii drzwi. Czekało tam na nich dwóch kolejnych tengu, sowi demon oraz zakapturzona postać. Wspomnienia uderzyły w Blitzo z siłą rozpędzonego pociągu, a widok postaci w płaszczu sprawił, że zrobiło mu się zimno.

Lady Natasza podeszła do sowiego demona i ucałowała go w policzek.

– Czy wszystko gotowe, Alexandrze?

– Tak. – Aleksander spojrzał na Blitzo z pogardą. – Mam nadzieję, że w końcu zacznie współpracować i pomoże nam zdobyć księgę.

Księga.

Potrzebowali księgi, bo…

– To nie ma znaczenia. Pora zadzwonić – oznajmiła zakapturzona postać, a tengu zmusiły Blitzo do zajęcia miejsca przy małym stoliku, na którym stał wyłącznie telefon. Zakapturzony nachylił się w stronę chochlika, aż ten był gotów przysiąc, że dostrzega lśnienie skrytych pod kapturem oczu. – Słuchaj mnie uważnie, chochliku. Zamierzamy dodzwonić się do twojej firmy i zażądać Grymuaru Światów. Powiesz, by nam go przynieśli. Zrobisz to, a wtedy przestaniemy cię krzywdzić. A jeśli nie? Twoje cierpienie będzie trwało wiecznie.

Blitzo przełknął z trudem i potaknął. Wbił wzrok w swoje pokryte bliznami ręce, podczas gdy pozostali sięgnęli po telefon. Choć niewiele brakowało, by narobił pod siebie, kiedy usłyszał słowa tego drania, w jego umyśle pojawiły się wątpliwości. Wiedział, że potrzebowali księgi, a gdy tylko dostaną ją w swoje ręce, wszystko będzie stracone. Biliony zginą, łącznie z jego własną rodziną. Czy mógł to powstrzymać, nawet kosztem własnego życia? Ale jak długo będzie w stanie to robić? Już i tak niewiele brakowało, żeby postradał zmysły, więc co jeszcze mu pozostało? Złamali jego ciało, ducha i dumę. Czy pęknięte serce i zatracony umysł były tego warte?

Zamknął oczy i wrócił myślami do wydarzeń, które miały miejsce dawno temu. Pomijając krzyki Moxxiego, nakazującemu mu być lepszym szefem i uspokajającej go Millie. Bez dawnej Loony, którą lenistwo skłoniło do tego, by przestać przejmować się pracą. Bez Stolasa wydzwaniającego z niepokojącymi propozycjami, mającymi ściągnąć Blitzo do jego łóżka. Ignorując te wszystkie razy, kiedy nienawidził samego siebie za spieprzenie zleceń lub umów biznesowych, które niezmiennie doprowadzały firmę na skraj.

Bowiem niezależnie od tego wszystkiego, były też dobre momenty. Takie, których nie zamieniłby za nic, co istniało w Piekle, na Ziemi albo w Piekle.

Wspomnienia takie jak te, w których celebrowali kolejne morderstwo i upijali się ze śmiechem. Moxxie i Millie u jego boku, kiedy razem wybijali cały gang mafiosów, żartując przy tym tak, jakby jutro miało nie nadejść. Millie potajemnie prosząca go o rady i pytająca jak radził sobie z małą Looną, co jasno sugerowało, że pragnęła wkrótce założyć z Moxxiem rodzinę. Oczami wyobraźni niemal widział jak ten ostatni obejmuje go i uspokaja, kiedy zalał się łzami po tym jak prawie wysłał go na pewną śmierć w Dzień Oczyszczenia. Blitzo przypomniał sobie czas spędzony z Looną w centrum handlowym, kupowanie nowych ubrań, oglądanie filmu, wspólne selfie i robienie sobie jaj z frajerów i geeków. Dotyk Stolasa, kiedy kochali się i to jak ten szeptał, że mu na nim zależy. Widział miejsca i wspólne wyjścia, kiedy spędzali czas poza sypialnią. Pamiętał Loonę i Octavię podczas karaoke, na które wybrali się wspólnie i podczas którego doprowadziły rodziców do łez.

Niewielki, pełen determinacji uśmiech wykrzywił jego wargi. Już podjął decyzję.

– Hej! – Blitzo otworzył oczy i powoli zwrócił w stronę trójki dupków, którzy zamienili jego życie w piekło w zaledwie kilka dni. Alexander, ten o irytująco skrzekliwym głosie, pohukując wskazał na trzymany przez zakapturzoną postać telefon. – Weź to i porozmawiaj z nimi. Chcą mieć pewność, że żyjesz.

Blitzo powoli wziął telefon. Wstrzymując oddech, przycisnął go do ucha.

– H-halo?

– Tato! – rozbrzmiał głos Loony. Przycisnął dłoń do piersi i uśmiechnął się przez łzy, kiedy usłyszał córkę. Potrzebował chwili, by zorientować się, że mówiła do niego „tato”. Nie robiła tego od czasu odkrycia, że rodzice zostawili ją na pewną śmierć, więc usłyszenie tego słowa uczyniło go najszczęśliwszym chochlikiem na świecie. Zupełnie jakby tylko to wystarczyło, by uleczyć wszystkie rany i zniwelować ból. – Nic ci nie jest?!

– L-Loony… przepraszam, że… nie przyniosłem ci tego szejka… tatuś… trochę utknął… – powiedział, próbując się nie popłakać, ale zawiódł.

– Idiota. Chuj z szejkiem! Cały jesteś?!

Chciał ją okłamać, ale nie udało mu się, bo zaczął kaszleć.

– … nie… n-nie bardzo… – odparł i wtedy zorientował się, że to jedyna okazja, by dać Loonie znać, gdzie się znajdował. – … jest prawie tak źle, jak w Zakątku Abbadona… Pamiętasz?

– Abbadona? – powtórzyła Loona, jednak zanim zdążył zmusić ją do wysilenia pamięci, wtrącił się Moxxie.

– Blitzo! Szefie, obiecuję, że zabierzemy cię do domu!

Niech cię szlag, Moxxie?! Naprawdę musisz przerywać?

Obejrzał się na zakapturzoną postać za jego plecami oraz spoglądających na niego Alexandra i Lady Nataszę. Zerknął na tengu i zaczął się zastanawiać, ilu udałoby mu się sprzątnąć, zanim by go powstrzymali albo zabili.

Cóż, zawsze pragnął zginąć w walce.

Powoli uniósł pięść i pokazał środkowy palec zszokowanym ptakom.

– … nie dawajcie im księgi…

Widząc zaskoczenie wymalowane na twarz zebranych, Blitzo wyszczerzył się w uśmiechu.

– Ale szefie! Twoje życie jest ważniejsze niż…

– Nie! Jebać mnie i moje życie! Nie możecie oddać im księgi! Moxxie, spróbuj to zrobić, a przysięgam, że… Ach! – Tengu dopadł do niego, nim zdołał dokończyć zdanie. –  Zostaw mnie!

– Szefie!

– Tato!

Blitzo rzucił telefon prosto w twarz jednego z tengu, po czym sięgnął po sztylet, który ptasi samuraj miał przytwierdzony do pasa. Chwyciwszy go, zabójca wymierzył ostrze prosto w szyję jednego z kruków, a potem wymierzył mu cios głową.

– Pierdol się, ty sukin… ACH! – Każdy ruch bolał jak diabli, ale Blitzo miał to gdzieś. Wskoczył na biurko, wciąż ściskając w dłoni telefon, i kopnął w twarz Alexandra, aż z nosa poszła mu krew. – Loona, kocham cię! Przepraszam, że nie mogłem… ugh… dotrzymać obietnicy!

Skrzywił się, czując jak jego noga zaczyna reagować na kopnięcie, którym powalił go inny tengu. Tyle że Blitzo nie zamierzał grać czysto. Wsadził palce w oczy kruka zanim uderzył go prosto w nos.

– Moxxie, Millie – interes jest wasz! Zajmuj cię moją… c-cholera… – Blitzo przetoczył się na bok, by uniknąć katany, która niemal przecięła go na pół. – Córką! – Wykorzystał resztę pozostałej mu energii, by unikać ciosów. – Powiedzcie… Kurwa! Powiedzcie Stolasowi, że… szlag… nawet go lubiłem i…

Huk wystrzału.

Blitzo sapnął, czując jak coś uderza go w klatkę piersiową. Spojrzał w dół, by odkryć otwór po kuli, która przeszyła dolną część jego talii. Zaraz po tym oczy uciekły mu w tył głowy i upadł. Wywracając się, zaczął kaszleć krwią i robić wszystko, by zachować otwarte oczy.

– Ulecz go – powiedziała zakapturzona postać, odkładając broń. Blitzo nie widział jej wyraźnie, ale wyglądała na dużą i miała na sobie lśniące białe runy.

– Oszalałeś?! Złamał mi nos, a ty chcesz go leczyć, mimo że sam go postrzeliłeś?! – zawył Alexander, trzymając się za zalaną krwią twarz.

– Ostrzegałem go przed konsekwencjami. Nie posłuchał, więc teraz sprawię, by poczuł znaczenie tego ostrzeżenia – odparł zakapturzony, powoli podnosząc telefon i wracając do rozmowy.

Blitzo jedynie zakaszlał krwią i w końcu zemdlał.

 

***

Obecnie

– Blitzo! Blitzo! – zawołał zmartwiony głos. Wydawał się znajomy. – Obudź się!

– Ech. – Blitzo jęknął i potrząsnął głową. Całe jego ciało było obolałe, ale już nie czuł, by miał wielką dziurę w pasie, a to wróżyło dobrze. Kiedy wszystko wokół nabrało kształtów, zobaczył coś – albo raczej kogoś – kogo się nie spodziewał. – Stella? Co ty tutaj robisz?

Żona Stolasa wpatrywała się w niego z przerażeniem i ze łzami w oczach. To było czymś rzadko spotykanym w jej przypadku. Zwykle spojrzeniem wyrażała niechęć albo obrzydzenie, ale tym razem wyglądała, jakby naprawdę się o niego martwiła.

– Nie mamy wiele czasu! Ja… Przepraszam! Nigdy nie chciałam, by to się stało! Nie tak – załkała, mimo że robiła wszystko, by zachować spokój. – Zamierzam cię stąd zabrać! Wrócimy do domu mojego męża! Obiecuję, że zrobię wszystko, byleby ci pomóc!

– Ech… Okej?

Blitzo nie krył zaskoczenia tym, co mówiła, ale skoro proponowała ucieczkę, musiałby upaść na głowę, by zacząć narzekać. Zaczęła mocować się z kajdanami wokół jego kończyn, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Nabrawszy powietrza, Stella odwróciła się, by spojrzeć na zakapturzoną postać i Alexandra – z opatrunkiem na nosie – patrzących w ich stronę.

– Stella, co ty wyprawiasz?! – zapytał Alexander, podczas gdy dwa tengu dopadły do niej z obu strony.

– Alex, posłuchaj! To zaszło za daleko! Musimy to zakończyć! – wykrzyczała Stella, kiedy kruki chwyciły ją za ramiona. – Puszczajcie! Rozkazuje wam mnie puścić!

– Alexandrze, proszę żebyś zabrał siostrę do pokoju i upewnił się, że nie będzie więcej nam przeszkadzać – powiedziała zakapturzona postać nawet na nich nie patrząc.

Alexander spojrzał na siostrę i, pohukując przy tym gniewnie, rozkazał strażnikom ją wyprowadzić. Próbowała błagać go, by przestał, po czym spojrzała na Blitzo z czystym przerażeniem w oczach.

– Przepraszam! Tak bardzo przepraszam! Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby ci pomóc!

Wszyscy wyszli. Został tylko Blitzo i spoglądająca na niego w milczeniu postać w płaszczu. Wkrótce zakapturzony ruszył w jego stronę, ku zaskoczeniu chochlika zaczynając klaskać.

– Muszę przyznać, że mój szacunek do ciebie wzrósł. Niewielu sprzeciwiłoby się porywaczom po dziesięciu dniach cierpienia i agonii, których doświadczyłeś. Sądziłem, że się złamałeś, ale wtedy znów nam odmówiłeś. Jestem pod wrażeniem, bo nigdy nie widziałem czegoś takiego u przedstawicieli twojego gatunku.

– Może jesteśmy inni niż myślisz – warknął Blitzo, spluwając na podłogę. – Może jesteśmy kimś więcej niż szkodnikami, które pragniesz wymazać z egzystencji.

– Więc słyszałeś. Cóż, to i tak nie ma znaczenia. Nawet jeśli twoi przyjaciele zwrócili się do Księcia Stolasa, nie ma szans żeby ustalili gdzie albo kim jesteśmy. Obawiam się, że nikt nie przyjdzie ci z pomocą, a ty tutaj umrzesz.

Blitzo zamknął oczy i wzruszył ramionami.

– Taa, no cóż, życie to kurwa, a potem giniesz. Miejmy to już za sobą.

– Och, nie zamierzam cię zabić. Mówiłem przecież, że będziesz cierpiał, jeśli mi odmówisz, a ja zawsze dotrzymuję słowa. – Zakapturzony powoli wyjął coś z kieszeni. Blitzo skrzywił się na sam widok. Był to mały fioletowy robak ze szczypcami i ząbkami. Poruszył się w okrytej rękawicą dłoni, wydając przy tym wysoki pisk. – Czy wiesz, co to jest? Nazywają go Koszmarnym Pasożytem. Tacy jak on żyją tylko w Pradawnych Miastach. Ten mały robaczek przyczepia się do mózgu ofiary – tak, w twojej głowie – i wprowadza ją w głęboki sen. Taki, z którego nie da się obudzić. Podczas snu najgorsze lęki, jakie kiedykolwiek miałeś, oraz całe cierpienie ożywają w twoim umyśle. Będziesz zmuszony przeżywać je w nieskończoność, aż twoje serce w końcu nie wytrzyma i zatrzyma się ze strachu. A teraz zobaczmy, czego się boisz.

Blitzo chciał odwrócić wzrok, ale nie był w stanie się ruszyć, porażony jakąś niewidzialną, bijącą od postaci w płaszczu siłą. Zamarł w bezruchu z szeroko otwartymi oczami. Dłoń w rękawiczce powoli przybliżyła się do jednej ze źrenic, a pasożyt zaskrzeczał zanim wskoczył do środka.

Wtedy zapanowała ciemność.

        

Autor: TalosLives
Tłumaczenie: Nessa

Notka od tłumacza: Dla Blitzo – szefa I.M.P. – kilkudniowe nieobecności były normą. Zwykle robił wtedy coś szalonego, co najpewniej miało wpakować go w kłopoty. Właśnie dlatego jego podwładni nigdy nie zwracali na to uwagi, planując po prostu okrzyczeć go, kiedy wróci. Dopiero po dziewięciu dniach nieobecności zaczynają podejrzewać, że ich szefa spotkało go coś niedobrego.
Obawy potwierdza jedno proste, zasłyszane przez telefon zdanie: „Mamy twojego szefa”.


SPIS TREŚCI:

I. Połączenie
II. Książę
III. Księga
IV. Wspomnienia (część 1)
V. Wspomnienia (część 2)
VI. Pościg
VII. Przesłuchanie
VIII. Imię
IX. Cierpienie (część 1) (Obecnie czytane)

...

Dziesięć dni temu…

Zaraz po odzyskaniu świadomości, Blitzo zaczął zastanawiać się, ile tym razem wypił i czy znów skoczył nago w łazience Moxxiego. Jego współpracownik miał zabawną minę, kiedy tamtego dnia przyszedł wziąć poranny prysznic. Co prawda nie było już tak śmiesznie, kiedy w odwecie spróbował wrzucić mu toster do wanny, ale…

Pierwszym, co poczuł, okazały się owinięte wokół jego nadgarstków i kostek łańcuchy. Kiedy otworzył oczy, odkrył, że został przykuty do ściany jakiegoś wyglądającego na żywcem wyjętego ze średniowiecza lochu. Przez piętnaście minut szarpał się, próbując się uwolnić, zanim ostatecznie zdecydował się poddać.

– Świetnie, no i co teraz? – wymamrotał, próbując przypomnieć sobie, co się wydarzyło. – Dobra, więc skończyliśmy robotę. Moxxie zachowywał się jak cipka z powodu tych psów. Wyszedłem po szejka dla siebie i Loony. I… Hm, to wszystko.

Nie było niczego więcej – jedynie zmęczenie, a później pustka. Rozglądając się dookoła, Blitzo spróbował pojąć, co się stało, aż w końcu drzwi celi otworzyły się. Do środka wpadły trzy przypominające samurai demony, uzbrojone w ściskane w szponach katany. Były to gigantyczne czerwonookie stworzenia z łysymi głowami, kruczymi skrzydłami i ogonami, ale za to z ludzkimi szkarłatnymi twarzami. Ich szyje zdobiły różańce z małych czaszek, jednak najzabawniejsze w wyglądzie przybyszy okazały się długie czerwone nosy. Poważnie, Blitzo widział clownów z mniej głupimi twarzami.

Blitzo w pierwszej chwili pomyślał, że ma do czynienia ze strażnikami Stolasa, a zabawa w niewolę ma być sposobem na grę wstępną, ale natychmiast odrzucił taką możliwość. Znał księcia od ponad dwóch i pół roku, jednak tych gości widział po raz pierwszy. Nie przypominał też sobie, żeby strażnicy Stolasa nosili zbroje samurai, żywcem wyjęte z filmów wyreżyserowanych przez Kurosawę*.

Coś było nie tak. Blitzo musiał ustalić co, by jak najszybciej się stąd wydostać.

– Dobra, chłopaki, ogółem lubię takie zboczone gówno i tak dalej, ale wolę zaczynać randkę od drinka. Wiecie co? Puśćcie mnie, a zabiorę was do całkiem dobrego baru. Potem szybki czworokącik, ostry kac i nigdy więcej nie wrócimy do tematu. Co wy na to?

Żaden z kruczych samurai nie zareagował. Po prostu stali przed nim w całkowitej ciszy.

– Ehm, halo? Przystojny, zakuty w łańcuchy chochlik do was mówi. Jesteście jednocześnie brzydcy i głusi? – odezwał się ponownie Blitzo. Uśmiechnął się, kiedy znów odpowiedziała mu cisza. – Cóż, skoro wolicie słuchać jak gadam aż do utraty tchu, chętnie to zrobię! Więc był taki jeden raz, kiedy znalazłem się na autostradzie…

 

***

Dwie godziny później…

– … i właśnie dlatego nigdy nie należy próbować robić tostów z sukubami w restauracji! Zwłaszcza takimi, które spuszczają się jak wodospad, gdy tylko poczują zapach grillowanej mozzarelli! – Jego uśmiech przygasł, a między brwiami pojawiła się zmarszczka, kiedy zauważył, że trójka samurai nawet nie drgnęła. – Jezu, nawet Moxxiego udało mi się tym rozbawić. Czuję się, jakbym gadał do cholernych posągów.

Drzwi ponownie się otworzyły, a kruczy wojownicy w końcu poruszyli się i wyszli jeden za drugim. W zamian pojawiła się para sowich demonów, których Blitzo nie rozpoznał. Jeden miał czarne upierzenie i niebieski pióropusz, zaś drugi ciemnobrązowe pióra z czarnymi końcówkami. Obaj mieli na sobie białe koszulki i jeansy. Blitzo zauważył, że byli napakowani. Nie żeby uważał, że to atrakcyjne. Za dużo mięśni. Wolał swojego sowiego demona – szczuplejszego i łagodniejszego.

– Cóż, mam nadzieję, że wy, durne sukinsyny, będziecie bardziej rozmowni niż tych trzech milczących gnojków z wcześniej – powiedział i miał dodać coś jeszcze, ale demon o brązowym upierzeniu uderzył go w twarz. Blitzo potrząsnął głową; czuł wypływającą z ust ślinę. – Auć! A to kurwa za co?!

– Gdzie jest księga? – zapytał ten o czarnych piórach. Miał wschodnioeuropejski akcent.

– Jaka księga?! – obruszył się, ale wtedy znów oberwał w twarz. – Kurwa! Chyba ukruszyłem zęba.

– Gdzie jest księga? – ponowił pytanie ten o brązowym upierzeniu, przestępując naprzód.

– W twojej dupie! – odparował Blitzo zanim poczuł kolejne uderzenie w twarz, a później prosto w brzuch. Brązowy chwycił go za gardło i z siłą cisnął o ścianę. – K-kurwa!

– Gdzie jest księga, której używasz, by podróżować do świata ludzi? – zapytał ten o czarnych piórach.

Skąd, do chuja, się o tym dowiedzieli?! Tylko kilka demonów wiedziało. Blitzo był pewien, że żaden z nich nie wynająłby tych osłów, żeby skrzywdzić go z tego powodu. Dopiero teraz zaczęła docierać do niego powaga sytuacji i to wystarczyło, by jego serce zaczęło bić szybciej.

– Nie wiem, o czym mówicie! Przedostajemy się do świata ludzi z pomocą rytuału, który znalazłem! Ale jeśli potrzebujecie książki, to słyszałem, że Biblia może was zbawić!

Kolejne ciosy. Powtarzały się za każdym razem, kiedy zaprzeczył. Już wcześniej zdarzało mu się być bitym – skutek uboczny zawodu, który wybrał – jednak nigdy nie trwało to tak długo. Nie powstrzymywali się, uderzając w każde dostępne miejsce – od rogów po jądra. Używali pięści, stóp, szponów i nie tylko.

Kiedy w końcu przestali, Blitzo nie czuł niczego poza odrętwieniem. Ciało ledwo reagowało na ruch. Powoli uniósł głowę i wysilił się na słaby, krwawy uśmiech.

– Już… koniec? Ja… dopiero… zaczynałem…

A potem zamknął oczy i zemdlał.

 

***

Osiem dni temu…

Dźwięk pięści uderzających o żywe mięso niósł się echem po lochu. Blitzo kląłby na czym świat stoi, ale wczoraj uszkodzili mu zęby i usta tak, że aż pluł krwią. Jego prawe oko było sine i spuchnięte, przez co ledwo widział, poza tym mógł się założyć, że miał złamany nos. Jakby tego było mało, czuł w piersi ból, przez który oddychanie stało się udręką.

Upierzony na czarno demon, którego w myślał nazywał Bob, podczas gdy drugiego nazywał Steve, uderzył kolanem w miednicę Blitzo, sprawiając, że chochlik zaczął się krztusić. Chwytając powietrze, zakaszlał kilkukrotnie i wypluł kolejną porcję krwi. Przez ostatnie dwa dni zdążyła się zebrać z tego spora kałuża.

Zawsze było tak samo: bili go, żądali odpowiedzi, on kazał im się pierdolić, więc znęcali się bardziej, na obiad dostawał brudne, zgniłe pomyje i wodę, po których następowało kilka kolejnych godzin cierpienia. Nawet Blitzo był zaskoczony, że wytrzymał tak długo i nie błagał o litość.

– No dalej… chłopaki… Myślę, że… moje nerki potrzebują… j-jeszcze trochę… – rzucił zaczepnie, odsłaniając brakujące zęby w krwawym uśmiechu. – Chyba że wolicie… possać mojego chuja… zamiast w niego uderzać… Tak tylko wspomnę, że jest taki… jeden sowi demon, który nie będzie zadowolony, kiedy dowie się, co zrobiliście.

Demony spojrzały na siebie, po czym splunęły mu w twarz i zostawiły go w spokoju. Jeden z nich pstryknął palcem, a łańcuchy szybko opadły, pozwalając Blitzo paść twarzą do ziemi. Próbował wstać, ale bolała go każda część ciała i po kilku sekundach upadł. Przeklinając, chochlik podniósł wzrok i zobaczył przed sobą zamknięte drzwi oraz unoszącą się nad nimi pieczęć.

– Świetnie… magia… – Zaklął, powoli opierając się o ścianę. – No i chuj…

Szybko sprawdził ubranie, żeby zobaczyć, czy ma przy sobie sprzęt, ale nie znalazł niczego. Nie było nawet konika-zabawki.

– Lepiej żeby te dranie nie skrzywdziły pana Iskierki – mruknął, zamykając oczy.

Musiał skupić się na tym co tu i teraz. To nie był pierwszy raz, kiedy wpadł w kłopoty, ale sytuacja prezentowała się gorzej niż zwykle.

Blitzo nie miał pojęcia gdzie jest, kim są te dupki, dla kogo pracują ani jak dowiedzieli się o księdze Stolasa. Na początku pomyślał o demonach, które nakopały mu do tyłka – o tym, że nie wyglądali jak typowe szumowiny z Miasta Chochlików. Z początku nie rozpoznał tych wyglądających jak kruki, ale potem to do niego dotarło: tengu. Należeli do Yokai – demonów wschodniego pochodzenia – które zwykle trzymały się razem i pochodziły z prowincji zwanej Naraka. Z tego co pamiętał, tengu słynęły z honoru i służyli temu, kto w ich oczach był temu godny –  zwykle potężnemu rodowi lub rodzinie. Każde polecenie wykonywali bez wahania, poza tym byli utalentowanymi wojownikami. Oznaczało to, że ci, którzy najęli tych gości, musieli być bogaci i potężni.

Sowie demony naturalnie należały do Goecji, ale nie wyglądało na to, żeby to oni stali za porwaniem. Blitzo z doświadczenia wiedział, że bogacze nigdy nie brudzili sobie rąk. Od tego mieli pomocników.

Oczywiście schwytali go, żeby dostać Grymuar Światów. Nie miał pojęcia z jakiego powodu, ale biorąc pod uwagę, jak potężna była księga, mogło chodzić o cokolwiek. Odkąd Stolas wyjaśnił mu potęgę tej rzeczy, Blitzo szybko znalazł bezpieczną kryjówkę, do której dostęp mieli wyłącznie on oraz Loona. Tyle że nadal nie zamierzał im tego zdradzać. Nie tylko dlatego, że dobrze wiedział, że zabiją go, gdy tylko powie im to, co chcieli usłyszeć, ale przez wzgląd na ryzyko.

Gdyby na jaw wyszło, że zwykły chochlik – nieważne jak wyjątkowy – używał powierzonego Stolasowi Grymuaru, wszyscy mieliby przesrane. Nie tylko on i jego córka, ale również Millie i Moxxie. Nie wspominając o samym Stolasie i jego rodzinie. Nie chciał tego przyznać, ale odkąd zawarli swój mały układ, naprawdę zaczął postrzegać księcia jako bliskiego przyjaciela. Jasne, najpierw chodziło tylko o seks, żeby mógł zatrzymać książkę, ale powoli coś zaczęło się między nimi formować. Nie wiedział, co łączy ich teraz, ale obaj wyświadczali sobie przysługi i zaczęli spotykać się częściej niż raz w miesiącu. Poza tym jego córka i Octavia zostały najlepszymi przyjaciółkami, czego Loony naprawdę potrzebowała po tym, co zrobiły jej te dupki.

Nie, nie mógł wpakować Stolasa i jego rodziny w kłopoty.

– Cholera, mam nadzieję, że już się zorientowali, że mnie nie ma i zaczęli szukać – mruknął, zamykając oczy. Może po drzemce zebranie myśli miało być prostsze.

Sen był mu dany tylko na chwilę. Drzwi otworzyły się z hukiem, a Blitzo dostrzegł Boba i Steve’a z rurkami ściskanymi w szponach. Miał to skomentować, gdy zorientował się, że pręty pulsują od prądu.

– Ach, cholera…

 

***

Pięć dni temu…

Krzyczał tak długo, aż Bob opuścił swoją magiczną różdżkę. Dysząc się i robiąc wszystko, by się nie popłakać, spróbował pochwycić tyle powietrza, ile to możliwe, jednak swąd własnego przypalonego ciała – w środku i na zewnątrz – przyprawił go o mdłości.

Spojrzenie Blitzo skrzyżowało się ze wzrokiem upierzonego na biało, odzianego w szatę sowiego demona, który tak po prostu mu się przyglądał. Po tym jak pierwszym raz doświadczył co oznacza bycie teksańskim pieczonym mostkiem z grilla, Bob i Stevie przyprowadzili sowią panienkę, którą ochrzcił imieniem „Kurwa” przez pełne pogardy spojrzenie, które mu rzuciła zanim uzdrowiła go z pomocą magii. Słyszał jak wspomniała, że czuje się skalana przez konieczność dotykania brudnego, obrzydliwego chochlika, więc takie imię w pełni do niej pasowało.

Tym razem Kurwa się nie ruszyła, co znaczyło, że pora na leczenie jeszcze nie nadeszła. To wyglądało, jakby starali się utrzymać go przy życiu tak długo, jak tylko to możliwe, przy jednoczesnym unikaniu nadmiernego wysiłku przy pomaganiu mu.

Steve chwycił Blitzo za szyję i uniósł jego głowę. Ze swojej pozycji chochlik widział wyłącznie prawe oko pohukującej na niego demonicznej sowy.

– Słuchaj, ty draniu. To się skończy, kiedy przestaniesz być upartą kupą gówna i w końcu powiesz nam, gdzie jest księga!

– W porządku. – Blitzo wziął głęboki oddech. – Powiem wam.

Steve puścił go. Jego brwi powędrowały ku górze.

– Gadaj.

– Po… pożyczam ją jednemu gościowi… Ma ją, póki nie jest mi potrzebna – mruknął Blitzo, po czym splunął krwią.

– Jak się nazywa?

– Kris. Ma na imię Kris… Jest starszym gościem z siwą brodą i tak dalej. – Blitzo zachichotał, po czym uniósł głowę i wysilił się na blady uśmiech. Poczuł ból w napuchniętych ustach, ale zignorował go. – Jest bardzo… bardzo gruby… przez wszystkie te ciasteczka… I nosi wielki… czerwony… kostium.

Dwa sowie demony spojrzały po sobie, zanim powoli obejrzały się na chichoczącego Blitzo.

– Łapiecie? Kris… Kris Kringle**?! Święty Mikołaj?!

Odpowiedzią okazał się wymierzony prosto w jego czaszkę łom.

 

***

Trzy dni temu…

O cholera.

Czy wciąż żył?

Musiał, a świadczył o tym najgorszy możliwy ból głowy, którego doświadczał wraz z całym inwentarzem. Blitzo powoli otworzył oczy tylko po to, żeby przekonać się, że nawet to bolało. Naprawdę sądził, że umiera przez tę krótką chwilę przytomności, zanim wszystko pochłonęła czerń. Jak, do kurwy nędzy, przetrwał cios łomem w głowę, jeśli nie za sprawą cholernego cudu?

Mimo bólu zdołał otworzyć oczy i przekonać się, że leży na łóżku, a na twarzy ma maskę tlenową. Dookoła ustawiono sprzęt medyczny; do ciała podpięto kroplówkę i urządzenie do pomiaru tętna. Samo miejsce okazało się dość luksusowe i skojarzyło się Blitzo ze Skrzydłem Szpitalnym w domu Stolasa.

Kiedy otrząsnął się na tyle, by zwrócić uwagę na podsuwane przez zmysły bodźce, odkrył, że nie jest sam. W pokoju rozbrzmiewał wysoki, zdradzający wschodnioeuropejski akcent głos.

– Przepraszam! Odpowiednio ich ukarzę zanim wrócą do roboty!

W odpowiedzi przemówił głos tak głęboki i potężny, że Blitzo przeszedł dreszcz. Czuł, że należał do najpotężniejszej osoby w pokoju – takiej, z którą nie chciało się pierdolić.

– Zajmujecie się nim już ponad tydzień, ale nie widzę rezultatów. Jego współpracownicy go szukają i już zaczęli się martwić. To tylko kwestia czasu, aż wciągną w to Księcia Stolasa i zrozumieją, że chodzi o porwanie – oznajmił głos. –  Jeśli nie może dać nam księgi, musimy sprowadzić ją inaczej. Użyj go jako karty przetargowej w zamian za Grymuar. Ale najpierw musimy osłabić jego determinację. Złamać go psychicznie i fizycznie.

Kurwa. Planowali zażądać okupu. Blitzo nie chciał się do tego przyznać, ale powoli zbliżał się do granic wytrzymałości. Nie chodziło tylko o tortury, głód, pragnienie i brak snu. Była jeszcze samotność. Każdego dnia zasypiał na lodowatej posadzce, zmęczony, głodny i zraniony, bez Loony u swojego boku. Albo chociaż Moxxiego i Millie, zachowujących się jak rozkoszne, zakochane szczeniaki. Szlag, nawet telefon od Stolasa okazałby się muzyką dla uszu.

Pragnął znaleźć się w domu. Musiał tam wrócić.

– Wciąż nie rozumiem, co ty i matka planujecie zrobić. Ani ona, ani moja siostra nie powiedziały mi, co się tutaj dzieje. Zwłaszcza ona. Nie sądzę, żeby o tym wiedziała i popierała te działania – rozbrzmiał sukowato brzmiący głos. – Ale chcę wiedzieć. W jaki sposób zamierasz unicestwić połowę populacji Piekła z pomocą księgi?!

… co?

Nie, poważnie… Że co?!

CO ONI, DO CHUJA PANA, PLANOWALI ZROBIĆ?!

Po raz pierwszy od dawna Blitzo nie miał pojęcia, co powiedzieć albo zrobić. Samo stwierdzenie brzmiało niedorzecznie, a jednak słyszał je wyraźnie. Unicestwić połowę populacji Piekła?! Nawet Aniołowie nie dokonali tego w czasie Dni Oczyszczenia! Nawet Bóg czy Lucyfer nie dopuścili do podobnego zajścia. Blitzo za to właśnie siedział i słuchał jak dwa potężne byty dyskutują o unicestwieniu bilionów istnień.

– Grymuar Światów zawiera sporo potężnych zaklęć i rytuałów, ale jedno z nich jest wyjątkowo niebezpieczne i śmiertelne. Nazywa się Wymiarem Całkowitego Zniszczenia. Może stworzyć portal tak mały jak łeb od szpilki albo potężny jak kontynent, który niczym czarna dziura pochłonie wszystko, co znajdzie się w jego zasięgu. Gdy tylko zaklęcie wygaśnie, wszystko to, co znalazło się w środku, zostanie permanentnie unicestwione. Nawet dusze obrócą się w nicość. – Sama myśl sprawiła, że Blitzo prawie narobił w spodnie. – Wyobraź sobie całe miasta urodzonych tu demonów i grzeszników, gnijących niczym brud, którym przecież są. Miasto Chochlików, Kolonia Kanibali, Kurwisko, Nowe Detroit, Dis***, wszystkie tereny zajęte przez piekielne ogary. Miejsca, w których bytują chochliki, gobliny, nietoperze, nisko urodzone ogary, porażki, demonoidy, diabły i grzesznicy, wszyscy marnujący czas na bycie kurwami, złodziejami, żebrakami i przestępcami. Rozmnażają się jak szczury i są powodem przeludnienia Piekła. Co by było, gdyby wszyscy zostali wymordowani? Odeszli? Piekło nie tylko stałoby się lepsze, ale też puste – bez tych wszystkich szumowin. A jeśli populacja zostanie wyeliminowana do poziomu, który zaakceptuje Niebo…

– … Dni Oczyszczenia się skończą… będziemy… bohaterami! – W sukowatym głosie pobrzmiewał entuzjazm. – To, co robimy… jest z korzyścią dla Piekła!

Korzyścią? Poprzez ludobójstwo? Miał oglądać, jak cała jego populacja znika bez jakiegokolwiek śladu? Zobaczyć jak Loona, jego córka, kończy swoje istnienie, nim w ogóle zdążyła zaznać życia? Bez znalezienia własnego szczęścia? Pozwolić by Millie i Moxxie – najbliżsi przyjaciele, jakich dano mu w tym świecie – zostali unicestwieni tylko dlatego, że się narodzili? Zwłaszcza ze świadomością, że ta dwójka nade wszystko pragnęła stworzyć rodzinę? Blitzo był egoistycznym dupkiem, nigdy tego nie ukrywał, ale nie uważał się za pozbawionego serca potwora, obojętnego na los tych, których miał wokół siebie.

Loona była jego córką i skarbem, który pokochał od pierwszego wejrzenia. Kimś, kto uratował go przed nim samym, kiedy najbardziej tego potrzebował. Spaliłby cały świat, gdyby tylko w ten sposób mógł ją ocalić i uszczęśliwić – niezależnie od konsekwencji.

Moxxie mimo wszystko pozostawał dla Blitzo najbliższym przyjacielem. Choć igrał z jego nerwami i na każdym kroku stroił sobie żarty, gdzieś w głębi szanował zasady moralne, którymi kierował się chochlik. No i ufał mu, nawet jeśli zwykle tego nie okazywał.

Millie była mu wierna, bo wyciągnął ją z dołka. Dał jej powód do życia, a przy okazji doprowadził do tego, że znalazła miłość życia. Nigdy nie przestała wierzyć w Blitzo, a świadomość, że ktoś pokładał w nim taką nadzieję, sprawiała, że robiło mu się cieplej na sercu.

Byli dla niego kimś więcej niż tylko współpracownikami. Tworzyli rodzinę.

Zawsze należy walczyć o rodzinę.

Nie, nie mógł pozwolić, by te chore, pokręcone skurwysyny dorwały księgę.

– Więc nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli osobiście zajmę się naszym przyjacielem? Zwłaszcza że jest przytomny?

Oczy Blitzo rozszerzyły się. Zaklął, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, poczuł, że robi się bardzo senny i ponownie zamknął oczy.

_________________

*Akira Kurosawa – japoński reżyser, scenarzysta i producent filmowy.
**Kris Kringle – jeden ze sposobów na określenie Świętego Mikołaja.
***Dis – miasto w „Nie boskiej komedii” Dantego, obejmujące od szóstego do dziewiątego kręgu piekielnego.

Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Categories

  • ► DeltaRune 43
  • ► Do czego warto fapać 7
  • ► EddsWorld 52
  • ► Głos Ludu 1
  • ► Hazbin Hotel 7
  • ► Helltaker 10
  • ► Helluva Boss 20
  • ► Inne gry 72
  • ► Inne komiksy 246
  • ► My Little Pony 68
  • ► Tajemnica prostoty 15
  • ► Undertale 2933
  • ► Zootopia 228
  • ♥ 18 [Dla pełnoletnich] 418
  • ♥ Anime/Manga 41
  • ♥ Crushon.ai 1
  • ♥ Discord 56
  • ♥ Eventy 333
  • ♥ Handlarzowe gry 285
  • ♥ Komiksy 2727
  • ♥ Ogłoszenia 188
  • ♥ Oneshoot 170
  • ♥ Opowiadania 871
  • ♥ Papytus - maskotka blogowa 50
  • ♥ Prace czytelników 39
  • ♥ Tłumaczenia 3107
  • ♥ Ukończone 1621
  • ♥ Yaoi/yuri 98
  • Audio 1
  • Blizny czasu [Time Scar] 11
  • Córka Discorda [Daughter of Discord] 15
  • Cross x Dream 3
  • Czy to uczyni Cię szczęśliwą? [Would That Make You Happy?] 35
  • DeeperDown 23
  • Deos Numbria 9
  • Endertale 10
  • Fallen Flowers 23
  • Gra w kości [The Skeleton Games] 54
  • Handplates 86
  • Hellsiblings 4
  • HorrorTale 34
  • Mendertale 9
  • Między Ciałem & Kością [Between Flesh & Bone] 1
  • Mój martwy chłopak 16
  • My boo 43
  • Naprzeciw [Stand-in] 31
  • Nie jest to najlepszy sposób na życie 2
  • nieTykalny 14
  • Ocalić Blitzo 17
  • Opiekun Ruin 14
  • Poniżej zera 2
  • Prędzej czy później będziesz moja [Sooner od Later You're Gonna be Mine] 18
  • Projekt badawczy potwór 22
  • Słodkie Tajemnice 1
  • Springtrap i Deliah 33
  • SwapOut 10
  • Timetale 1
  • Uleczyć Blitzo 2
  • Wpadka na Imprezie i inne wstydliwe anegdoty [The Party Incident and Other Embarrassing Anecdotes] 48
  • Zagrajmy 12
  • Zapomniana Wytrwałość 4
  • ZombieTale 11

POPULAR POSTS

  • Und3rt8l3: S8n2 x F11sk x P86yrus [ by K8yl8-N8 - tłumaczenie PL] [+18]
  • Undertale: Underlust [AU - Underfell - tłumaczenie PL] cz I
  • Undertale: Sposób o jaki nikt nie prosił [The Crossover No One Asked For - tłumaczenie PL]
  • Gra: Żądanie #2 [ZAMKNIĘTE]
  • Gra: Żądanie #5 [ZAMKNIĘTE]
  • Gra: Żądanie #4 [ZAMKNIĘTE]
  • Gra: Żądanie #3 [ZAMKNIĘTE]
  • Undertale: AU - AlterTale
  • Postaw mi kawusię.
  • Ogłoszenie: Roczek Zwierzogrodu
Obsługiwane przez usługę Blogger.

ARCHIWUM BLOGA

  • ▼  2025 (10)
    • ▼  kwietnia 2025 (1)
      • Undertale: Horrortale- Część XIII [18+] KONIEC KSI...
    • ►  lutego 2025 (2)
    • ►  stycznia 2025 (7)
  • ►  2024 (3)
    • ►  grudnia 2024 (1)
    • ►  października 2024 (1)
    • ►  stycznia 2024 (1)
  • ►  2023 (26)
    • ►  listopada 2023 (2)
    • ►  października 2023 (1)
    • ►  sierpnia 2023 (1)
    • ►  lipca 2023 (1)
    • ►  czerwca 2023 (2)
    • ►  maja 2023 (2)
    • ►  kwietnia 2023 (1)
    • ►  marca 2023 (5)
    • ►  lutego 2023 (4)
    • ►  stycznia 2023 (7)
  • ►  2022 (36)
    • ►  grudnia 2022 (4)
    • ►  listopada 2022 (7)
    • ►  października 2022 (7)
    • ►  września 2022 (6)
    • ►  sierpnia 2022 (4)
    • ►  lipca 2022 (5)
    • ►  stycznia 2022 (3)
  • ►  2021 (119)
    • ►  grudnia 2021 (7)
    • ►  listopada 2021 (4)
    • ►  października 2021 (7)
    • ►  września 2021 (10)
    • ►  sierpnia 2021 (5)
    • ►  lipca 2021 (11)
    • ►  czerwca 2021 (5)
    • ►  maja 2021 (17)
    • ►  kwietnia 2021 (17)
    • ►  marca 2021 (14)
    • ►  lutego 2021 (13)
    • ►  stycznia 2021 (9)
  • ►  2020 (192)
    • ►  grudnia 2020 (7)
    • ►  listopada 2020 (11)
    • ►  października 2020 (29)
    • ►  września 2020 (26)
    • ►  sierpnia 2020 (6)
    • ►  lipca 2020 (21)
    • ►  czerwca 2020 (12)
    • ►  maja 2020 (2)
    • ►  kwietnia 2020 (26)
    • ►  marca 2020 (23)
    • ►  lutego 2020 (19)
    • ►  stycznia 2020 (10)
  • ►  2019 (412)
    • ►  grudnia 2019 (6)
    • ►  listopada 2019 (37)
    • ►  października 2019 (60)
    • ►  września 2019 (4)
    • ►  sierpnia 2019 (20)
    • ►  lipca 2019 (63)
    • ►  czerwca 2019 (48)
    • ►  maja 2019 (2)
    • ►  kwietnia 2019 (1)
    • ►  marca 2019 (19)
    • ►  lutego 2019 (23)
    • ►  stycznia 2019 (129)
  • ►  2018 (1142)
    • ►  grudnia 2018 (107)
    • ►  listopada 2018 (82)
    • ►  października 2018 (88)
    • ►  września 2018 (84)
    • ►  sierpnia 2018 (83)
    • ►  lipca 2018 (82)
    • ►  czerwca 2018 (61)
    • ►  maja 2018 (134)
    • ►  kwietnia 2018 (111)
    • ►  marca 2018 (121)
    • ►  lutego 2018 (78)
    • ►  stycznia 2018 (111)
  • ►  2017 (2190)
    • ►  grudnia 2017 (117)
    • ►  listopada 2017 (93)
    • ►  października 2017 (138)
    • ►  września 2017 (149)
    • ►  sierpnia 2017 (203)
    • ►  lipca 2017 (310)
    • ►  czerwca 2017 (195)
    • ►  maja 2017 (277)
    • ►  kwietnia 2017 (326)
    • ►  marca 2017 (146)
    • ►  lutego 2017 (108)
    • ►  stycznia 2017 (128)
  • ►  2016 (680)
    • ►  grudnia 2016 (134)
    • ►  listopada 2016 (179)
    • ►  października 2016 (99)
    • ►  września 2016 (134)
    • ►  sierpnia 2016 (50)
    • ►  lipca 2016 (60)
    • ►  czerwca 2016 (23)
    • ►  stycznia 2016 (1)
  • ►  2015 (33)
    • ►  grudnia 2015 (3)
    • ►  listopada 2015 (1)
    • ►  października 2015 (4)
    • ►  maja 2015 (4)
    • ►  kwietnia 2015 (8)
    • ►  marca 2015 (12)
    • ►  stycznia 2015 (1)
  • ►  2014 (1)
    • ►  grudnia 2014 (1)

Labels

Obserwatorzy

Copyright © Kinsley Theme. Designed by OddThemes