28 marca 2018

Opowiadanie: Her Final Destination - Niechaj ogarnie nas zapomnienie, a taniec wciąż trwa… [by Nessa]

Autor: Nessa

Notka od autora: Damien jest zauroczy Liv od chwili, w której zobaczył ją po raz pierwszy. Dręczony przez wspomnienia i zaniepokojony perspektywą obdarzenia jakiejkolwiek kobiety silniejszym uczuciem, długo waha się nad podjęciem decyzji o zbliżeniu do dziewczyny. Bardzo szybko okazuje się, że przeznaczeniu nie da się uciec i że to bywa aż nadto przewrotne – zresztą tak jak i przeszłość, która nigdy nie daje o sobie zapomnieć.
Pozornie niewinny związek ciągnie ze sobą konsekwencje, których żadne z nich nigdy by się nie spodziewało. Coś budzi się do życia – uśpione zło, które tylko czekało na okazję, żeby po latach ciszy zaatakować ponownie i tym razem być może zrównać dotychczas spokojne miasteczko z ziemią. Nikt nie jest naprawdę bezpieczny, z kolei odpowiedzi na wszelakie pytania wydają się mieć swoje źródło w jednym, jedynym miejscu…
W przeszłości.
„Why, you just won't leave my mind?
Was this the only way, I couldn't let you stay”

Within Temptation – „Jane Doe”

Spis treści:
Czuł, że nie wszystko jest takie, jakie powinno. Rozmowa z Liv nie dawała mu spokoju, zresztą tak jak i wrażenie, że z zachowaniem dziewczyny nie wszystko jest w porządku. Choć nie potrafił tego opisać, coś w niektórych jej słowach, spojrzeniach czy gestach sprawiało, że czuł się nieswojo – tylko czasami, choć starał się o tym nie myśleć i nie okazywać towarzyszącego mu niemalże na każdym kroku niepokoju. Powtarzał sobie, że to wyłącznie jego wrażenie, ale to było niczym wierutne kłamstwo, którego był świadom, choć nie potrafił stwierdzić, gdzie miało swoje źródło.
Koszmary wciąż powracały, chociaż z czasem zaczęły się zmieniać. Przynajmniej miał takie wrażenie, bo po przebudzeniu nigdy nie potrafił przypomnieć sobie szczegółów. Jedynym, czego pozostawał naprawdę pewien, było to, że za każdym razem towarzyszył mu bezlitosny, kobiecy śmiech – znajomy i niepokojący, choć i te wspomnienia wydawały się wystarczająco odległe, by nie był w stanie ich do siebie przywołać. Cokolwiek się działo, wydawało się być poza jego zasięgiem, pomimo tego, że jednocześnie czuł, iż powinien mieć choćby cząstkowy wpływ na wszystko, czego doświadczał. Problem polegał na tym, że to wcale nie było takie proste, jak mógłby tego oczekiwać.
Wielokrotnie budził się u boku Liv z przekonaniem, że powinien rozumieć – z tym, że wtedy zazwyczaj miał w głowie pustkę, co stanowczo zaprzeczało temu stwierdzeniu. W zasadzie jakimś cudem osiągał odwrotny skutek, gotów przysiąc, że z każdym kolejnym dniem był coraz dalszy od znalezienia odpowiedzi. To było tak, jakby miał klapki na oczach; patrzył na gotowe rozwiązania, ale nie był w stanie zrobić niczego, co w związku z tym miałoby jakikolwiek sens. Tkwił w miejscu, bezskutecznie usiłując poskładać elementy układanki – względnie kompletnej, choć po bliższym zapoznaniu z poszczególnymi częściami szybko można było przekonać się, że tak naprawdę brakowało najważniejszego. Nie widział tego, co mógłby uznać za kluczowe i co mogłoby mu pozwolić właściwie spojrzeć na całość.
Cholera, to było przerażające, przynajmniej zdaniem Damiena. Czuł, że coś mu umyka – najważniejsza kwestia, dzięki której byłby w stanie zrozumieć swoją rolę we wszystkim, co w ostatnim czasie działo się w mieście. Irytowało go, tak bardzo był ślepy, pomimo oczywistych przesłanek niezdolny do znalezienia odpowiedzi na dręczące go pytania. Z drugiej strony, być może doskonale wiedział, gdzie leżał problem i jak go rozwiązać, ale powstrzymywał się przed tym, aż nazbyt świadom tego, że wtedy musiałby naruszyć to, co działo się pomiędzy nim a Liv. I jeśli miał być ze sobą szczery, naprawdę się tego bał – odrzucenia ich wzajemnych relacji, co mogłoby poprowadzić bezpośrednio do końca ich związku. A na to zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić.
Kochał ją.
Kochał tak bardzo, że gdyby ją stracił, to byłoby czymś nie do zniesienia. Ta dziewczyna znaczyła dla niego o wiele za dużo, żeby tak po prostu z niej zrezygnować, niezależnie od tego, jak krótko się znali. Nawet wtedy, kiedy wzbudzała w nim niepokój, jego uczucia nie ulegały zmianie. W efekcie czuł się gotów przyjąć dosłownie wszystko, co miałaby mu do zaoferowania – i to łącznie z kłamstwami, gdyby nagle okazało się, że to jedyne, czego mógłby oczekiwać. Niczego więcej nie potrzebował, a przynajmniej to powtarzał sobie za każdym razem, kiedy nachodziły go wątpliwości.
Zima zbliżała się wielkimi krokami, wyczuwalna w powietrzu i wszechobecna. Chłód napierał ze wszystkich stron, skracając życie wrażliwych na taką temperaturę roślin, zmieniając letnie przyzwyczajenia zwierząt i sprawiając, że również ludzie mniej chętnie wychodzili na zewnątrz. W efekcie ulice coraz częściej bywały opustoszałe, choć Damien podświadomie czuł, że przyczyna jest o wiele bardziej złożona, aniżeli mógłby na pierwszy rzut oka sądzić. Coraz częściej dało się słyszeć plotki na temat zaginionych dziewczyn, chociaż i te nie były aż tak intensywne, jak można by tego oczekiwać. Pewne rzeczy miały miejsce i z jakiegoś powodu ludzie przyjmowali je jak coś, co prędzej czy później musiało się wydarzyć. To wydawało się nienaturalne, przynajmniej zdaniem Damiena, ale z drugiej strony…
Najbardziej nieprawdopodobne wydawało mu się to, że już kiedyś tego doświadczył. Uczucie déjà vu towarzyszyło mu niemalże na każdym kroku, uciążliwe i tak przejmujące, że ledwo był w stanie nad nim zapanować. Prawda jest taka, że dobrze znasz odpowiedzi, myślał niejednokrotnie, ale nawet jeśli faktycznie tak było, nie potrafił ich do siebie przywołać. Tkwił w miejscu i to go martwiło, zresztą tak jak i wrażenie, że kiedy w końcu zrozumie, będzie za późno. Mógł szukać odpowiedzi, bowiem te kryły się gdzieś w przeszłości – to jedno zrozumiał aż nazbyt dobrze – ale oczywiście okazał się zbyt wielkim tchórzem, by sobie na to pozwolić. Nie mógł, bowiem zbytnio zależało mu na Liv, a wszystko w nim aż krzyczało, że gdyby tylko pozwolił sobie na zbyt wiele, wtedy by ją stracił.
Nie wyobrażał sobie tego.
Nie, skoro potrzebował jej aż do tego stopnia, że…
Myślenie o dziewczynie zwykle ucinało wszelakie dyskusje, sprawiając, że nie był w stanie skupić się na niczym innym. Wystarczył jej dotyk, zapach czy dźwięk głosu, żeby nabrał pewności co do tego, kto w tym wszystkim pozostawał najważniejszy. Cokolwiek się działo, nie miało znaczenia, przynajmniej tak długo, jak ona była przy nim. Jeśli miał być ze sobą szczery, w którymś momencie przestały obchodzić go te dziewczyny, a prawdziwym priorytetem stało się to, żeby zapewnić Liv bezpieczeństwo.
Cóż, była kobietą, prawda? Równie młodą, delikatną i kruchą, co dziewczyny, które regularnie znikały z miasteczka. Obawiał się, że prędzej czy później mogła podzielić ich los, a na to zdecydowanie nie zamierzał sobie pozwolić. Nie, skoro w głowie wciąż miał jej słowa na temat tego, że żadna z nich nie wróci. Podświadomie czuł, że to jak najbardziej prawda, choć i tego nie potrafił jednoznacznie wytłumaczyć. Skąd mogła wiedzieć, prawda? Ale z drugiej strony, nie był w stanie tak po prostu zapomnieć o tym, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że on się pojawi. Wydawała się świadoma rzeczy, których on mógł co najwyżej się domyślać. Czuła, kierując się intuicją, która mogłaby wydawać się czymś nierealnym, gdyby sam nie przekonał się, iż jak najbardziej miała związek z rzeczywistością. W efekcie już nic nie było w stanie go zaskoczyć, a może po prostu nie chciał przyjąć do wiadomości tego, że Liv mogłaby go okłamać. Wiedział jedynie, że musi być przy niej, by w razie potrzeby móc ją ochronić – nic innego nie wchodziło w grę.
Kolejne dni mijały, ale prawie nie był tego świadom, skupiony przede wszystkim na odrzucaniu od siebie dręczących go wątpliwości i przebywaniu z dziewczyną, która skradła jego serce. Był coraz pewniejszy tego, że nie potrzebował nikogo więcej, a ich spotkanie było niczym cud, który należało jak najlepiej pielęgnować, niezależnie od możliwych konsekwencji. Miał ją i to się liczyło, tym bardziej, że Liv z jakiegoś powodu sama do niego lgnęła. Chwilami wręcz miał ochotę zabrać ją i wyjechać, by nabrać pewności, że nic złego się nie wydarzy. Takie myśli dręczyły go coraz bardziej i bardziej, zwłaszcza w miarę jak zaczęła zbliżać się zima – zupełnie jakby wraz z opadem pierwszego, świeżego śniegu mogło wydarzyć się coś, co wszyscy od dłuższego czasu przeczuwali, choć żadne z nich nie było na to gotowe.
Inną kwestia pozostawało Halloween, o którym już wcześniej wspominała mu Liv. Nie był szczególnie zaskoczony, kiedy pewnego poranka jak zwykle przybiegła do niego z samego rana, zarzuciła mu obie ręce na szyję, po czym – wcześniej zaciągnąwszy do kuchni, gdzie opadł na najbliższe krzesło, pozwalając żeby dziewczyna wspięła mu się na kolana – podsunęła mu lekko pogięty, zerwany skądś kolorowy plakat.
– Impreza? – zapytał zaskoczony, obrzucając ogłoszenie nieco zdezorientowanym spojrzeniem.
Na ustach dziewczyny jak na zawołanie pojawił się olśniewający uśmiech.
– Nie taka zwykła, Damien – rzuciła niemalże urażonym tonem. – Nie wiedziałeś, że Amhertst powstało właśnie w Samhain? – zapytała, kolejny raz używając tej dziwnej, starej nazwy święta zmarłych. – Co roku miasto obchodzi ten dzień w bardzo uroczysty sposób. Będą tańce, muzyka, wyjątkowe stroje… Prawdziwy bal! – oznajmiła z entuzjazmem, który – musiał to przyznać – miał w sobie coś wyjątkowo zaraźliwego.
– A to oznacza, że nie usiedzisz w domu – nie tyle zapytał, co po prostu stwierdził fakt.
Uśmiechnął się mimowolnie, zwłaszcza kiedy oczy Liv zabłysły, a ona usiadła na nim okrakiem, prostując się, żeby ich twarze znalazły się na jednym poziomie. Nie potrzebował odpowiedzi, a tym bardziej samemu nie musiał o nic pytać, w zamian jak gdyby nigdy nic nachylając się, żeby móc musnąć wargi dziewczyny ustami. Ich pocałunki zawsze miały w sobie coś gwałtownego, co sprawiało, że Damienowi z miejsca robiło się gorąco, a Liv wydawała się lgnąć do niego na wszystkie możliwe sposoby. Tak było również tym razem, więc przygarnął ją do siebie, wsuwając obie dłonie pod jej pośladki, by z lekkością unieść ją, w następnej sekundzie porywając rozochoconą dziewczynę na ręce.
Nie musiał prosić o pozwolenie, żeby zadecydować o udaniu się do sypialni. Wciąż ufnie się do niego tuliła, pozwalając, by zabrał ją do pokoju, gdzie chwilę później oboje zalegli na wąskim łóżku, spragnieni siebie i wzajemnej bliskości. Nie był w stanie zliczyć, jak wiele razy kończyli właśnie w ten sposób, oboje rozochoceni, pod wpływem zapomnienia i pragnień, którym nigdy nie pozwalali czekać. To było równie naturalne, co i świadomość tego, że mogliby być razem – całe ich istnienie, oparte na tym, żeby trwać dla siebie nawzajem, zupełnie jakby właśnie z tego powodu byli właściwi.
Tak było i tym razem, a jednak tuląc do siebie delikatną, ufną Liv, Damien mimowolnie pomyślał, że to jeden z ostatnich razów, kiedy mogą w ten sposób cieszyć się sobą.
Choć to wydawało się pozbawione sensu, miał wrażenie, że nadchodzące uroczystości zmienią wszystko – i to go przerażało.
~*~
Nigdy nie przepadał za tłocznymi, głośnymi miejscami. Właściwie nie miał pewności, kiedy i w jaki sposób się to zaczęło. Wiedział jedynie, że w takich warunkach czuł się źle, niezależnie od tego, co przyszłoby mu robić. Tak było i tym razem, a Damien poczuł się co najmniej osaczony, ledwo tylko wraz z Liv znaleźli się tuż obok elegancko urządzonego, dobrze oświetlonego budynku.
Kilka razy widział tutejszy ratusz, zwłaszcza kiedy spacerował wraz z dziewczyną, niezliczoną ilość razy pokonując trasę do prowadzonej przez Adeline knajpki. Od czasu zaginięcia wnuczki kobiety pojawiali się tam z Liv rzadziej, tym bardziej, że właścicielka wyraźnie nie miała cierpliwości do obsługiwania klienteli. Jakby tego było mało, Damien miał wrażenie, że już od dłuższego czasu Adeline dziwnie spoglądała na jego towarzyszkę – w przenikliwy, co najmniej niepokojący sposób, jakby doszukiwała się w dziewczynie czegoś, co wzbudzało w niej niechęć. Zwłaszcza dla niego było to czymś nie do pojęcia, tym bardziej, że od pierwszego spotkania z kobietą był gotów przysiąc, że ta traktowała Liv jak kogoś bliskiego. Nie rozumiał tej zmiany, ostatecznie uznając, że to czysta zawiść – być może rozżalenie o to, że coś złego mogłoby spotkać zaginioną Chloe, a nie Bogu ducha winną, cieszącą się życiem dziewczynę.
Nie rozumiał tego i chyba nie chciał pojąć, świadom tylko i wyłącznie tego, że prędzej pozwoliłby się pokroić żywcem, aniżeli dopuścił do tego, by coś złego stało się Liv. Poniekąd z tego powodu zgodził się na wspólne wyjście, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej pragnąc czuwać nad bezpieczeństwem tak ważnej dla niego osoby. Choć znali się tak krótko, pokochał ją w stopniu wystarczającym, by bezwiednie zacząć planować wspólne życie. Zabawne, bo to chyba kobiety zawsze w pierwszej kolejności snuły konkretne plany na przyszłość, ale to nie miało dla Damiena większego znaczenia. Dla niego pozostawało ważne to, że doskonale wiedział czego tak naprawdę chce. W tym wypadku wszystkie plany sprowadzały się do Liv, ale to już od dawna przestało być dla mężczyzny zaskoczeniem.
Choć nie sądził, że kiedykolwiek zdecyduje się na coś podobnego, zamierzał uporządkować życie w taki sposób, by mogli spędzić je razem. Coraz częściej brał pod uwagę to, żeby wyjechać z miasta, zabrać dziewczynę gdzieś daleko, a potem poukładać wszystko od nowa, daleko od miejsca, które wzbudzało w nim jakże mieszane uczucia. Szczerze powiedziawszy, był niemalże całkowicie pewien tego, że chce się jej oświadczyć – i że to wcale nie było zbyt pochopnie podjętą, nierozsądną decyzją. Och, może w przypadku innych, nieświadomych niczego par, ale z nimi było inaczej. Sama Liv powiedziała, że śniła o nim na długo przed tym, jak się pojawił, on z kolei pozwolił owinąć się wokół palca w chwili, w której ujrzał ją po raz pierwszy. To nie mógł być nic nieznaczący przypadek, ale coś więcej – jakaś nadludzka interwencja, przeznaczenie… Cokolwiek innego, choć nigdy nie był osobą, która wierzyłaby w takie rzeczy.
Melodyjny śmiech Liv wyrwał go z zamyślenia, sprawiając, że bez chwili wahania skoncentrował się na swojej towarzyszce. Tej nocy wyglądała niezwykle i to najdelikatniej rzecz ujmując. Nigdy nie podważał tego, że była piękna i słodka – energiczny, radosny chochlik, którego nie dało się nie polubić. Tak czy inaczej, zdążył przywyknąć do widoku radosnej Liv w jasnych, często pastelowych ubraniach, bo te pasowały do niej idealnie. Nigdy wcześniej nie widział jej w czerni, więc tym bardziej zaskoczyła go, tego wieczora decydując się na długą do ziemi, ciasno przylegającej do jej drobnej sylwetki sukni w kolorze nocnego nieba. Materiał podkreślał smukłość ciała dziewczyny, wcięcie talii oraz rozpuszczone, miękko opadające na ramiona i plecy rude loki. Wyglądała pięknie i tajemniczo, zwłaszcza kiedy dla lepszego efektu zasłoniła twarz misternie zdobioną, srebrzystą maseczką, jakby żywcem wyjęta z jakichś zamierzchłych czasów. Swoją drogą, pasowałaby tam, a przynajmniej Damienowi bardzo łatwo przyszło wyobrażenie sobie dziewczyny jako panny z bogatego dworu – księżniczki, która miałaby na swoje skinienie liczną służbę i gotowe spełnić każdą jej zachciankę dwórki.
Plac przed ratuszem wydawał się dosłownie jarzyć w ciemnościach, pełen różnokolorowych światełek, ozdób i stoisk. Liv miała rację, twierdząc, że w dniu Halloween przypadała również rocznica założenia miasta. Z tego, co zdążył się dowiedzieć, kolejne rocznice jak najbardziej obchodzono z rozmachem, zawsze łącząc przypadającą na ten wieczór tradycję przebierania się w zmyślne stroje z coroczną, charakterystyczną dla Amhertst paradą. Początkowo nie wyobrażał sobie tego, dotychczas myśląc o miasteczku jak o miejscu spokojnym i niemalże wyludnionym, ale wraz z nadejściem wieczora przekonał się, że jego wyobrażenia były błędne. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielu ludzi zamieszkiwało to miejsce, więc widok dziesiątek obcych kobiet, mężczyzn i dzieci skutecznie wprawił go w konsternację.
Liv dosłownie promieniała, zachowując się jak mała dziewczynka, którą rodzic pierwszy raz zabrał na jakąkolwiek większą, zorganizowaną imprezę. Obserwował ją z zaciekawieniem, kiedy uśmiechała się do zebranych, z niektórymi jak gdyby nigdy nic wchodząc w swobodną rozmowę. Mieszka tutaj, więc to oczywiste, że zna więcej osób od ciebie, pomyślał w roztargnieniu, ale zachowanie dziewczyny i tak wydało mu się co najmniej niezwykłe. Co więcej, obserwując spojrzenia rozmówców Liv, czuł się niemalże dumny przez to, że mogłaby przyjść akurat z nim – i że przecież należała do niego. Chyba nawet chciał, żeby na nią patrzyli, pragnąc chwalić się dziewczyną, niczym jakimś drogim klejnotem – pięknym, delikatnym i bardzo kosztownym. Przede wszystkim dlatego nie przeszkadzało mu to, że sam przez większość czasu milczał, mimo wszystko pozostając w tym towarzystwie ni mniej, ni więcej, ale po prostu intruzem. Co z tego, skoro najbardziej liczyło się szczęście Liv?
Ulokowany na szczycie ratusza zegar wybił godzinę dziesiątą wieczorem. Kolejne uderzenia miały w sobie coś przenikliwego, ciężkie i jakby ostateczne, dziwnie niepasujące do radosnej otoczki uroczystości. Damien z powątpiewaniem rozejrzał się dookoła, ogarnięty niejasnym przeczuciem, że coś jest nie tak, choć za żadne skarby nie potrafił tego samemu sobie wytłumaczyć. Dziwne przeczucia towarzyszyły mu regularnie, nasilając się wraz z każdym kolejnym dniem, który dzielił ich od tego wieczora. Teraz osiągnęły apogeum, choć to przecież nie miało sensu, skoro wszystko było w porządku – Liv była u jego boku, roześmiana i jak najbardziej usatysfakcjonowana ze wspólnego wyjścia.
– Hej, wszystko w porządku? – usłyszał i mimowolnie wzdrygnął się, w pośpiechu przenosząc wzrok na swoją towarzyszkę. Spoglądała na niego w niemalże troskliwy sposób, jak zwykle, kiedy zdarzało mu się zamyślić i przez to zaczynał ją ignorować.
– Och, jasne… – Z uwagą zmierzył ją wzrokiem. Jego dłonie wylądowały na smukłych, odkrytych ramionach wtulonej w niego Liv. – Nie jest ci zimno? – zapytał pod wpływem impulsu, odsuwając się na tyle, żeby móc zsunąć marynarkę.
– Nie, nie… Może troszeczkę – przyznała dziewczyna, a na jej ustach pojawił się olśniewający uśmiech. – Ale znam lepszy sposób, w jaki możesz mi pomóc – zapowiedziała, po czym stanowczo chwyciła go za rękę.
Zrozumiał na krótko po tym, jak pociągnęła go za sobą, z wprawą lawirując w tłumie i wyraźnie zmierzając ku wyznaczonemu na samym środku placu kawałku wolnej przestrzeni. To właśnie tam ulokowano coś na kształt parkietu, zajętego przez zaledwie kilka par, które leniwie kołysały się do jakiejś bliżej nieokreślonej, spokojnej melodii. Nawet się nie zawahał, pod wpływem impulsu otaczając Liv ramieniem i lekko unosząc, by wraz z nią móc pokonać niewielkie wzniesienie, które dzieliło ich od zapełnionej tańczącymi przestrzeni.
Och, tak… Mieliśmy się bawić, prawda?, upomniał się w myślach. Jakaś jego cząstka wciąż próbowała zrozumieć to, co działo się wokół niego, usiłując wpasować w to wszystko dręczące go złe przeczucia. Miał do siebie o to pretensje, tym bardziej, że nie z tego powodu zabrał Liv na uroczystości, by teraz zadręczać się nic nieznaczącymi obawami.
Uśmiechnął się, kiedy stanęli naprzeciwko siebie, tak blisko, że wciąż był w stanie wyczuć bijące od jej ciała ciepło. Nie zaprotestowała, kiedy z wprawą położył dłonie na jej biodrach, zachęcając, by podeszła jeszcze bliżej. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem trzymał w taki sposób jakąkolwiek kobietę, a tym bardziej tańczył, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia, tym bardziej, że dobrze pamiętał, co takiego powinien zrobić.
– Liv… – zaczął, zamierzając oficjalnie poprosić ją do tańca, ale coś go przed tym powstrzymało.
To stało się mniej więcej w chwili, w której ich spojrzenia się spotkały, a on pierwszy raz tego wieczora zwrócił uwagę na jej oczy. Zaraz po tym zamarł, porażony dość istotnym, niepokojącym szczegółem, który sprawił, że z wrażenia serce omal nie wyskoczyło mu z piersi.
Zielone.
Jej tęczówki były zielone, ale…
– Coś się stało? – zmartwiła się, bez chwili wahania ujmując jego twarz w dłonie. – Hej, Damien…
– Twoje oczy… – wyrwało mu się.
Dziewczyna lekko przekrzywiła głowę, bynajmniej nierozeźlona taką reakcją. Wręcz przeciwnie – na jej ustach jak na zawołanie pojawił się olśniewający uśmiech, który skutecznie wytrącił już i tak oszołomionego Damiena z równowagi.
– Och, to soczewki! – zapewniła, po czym roześmiała się melodyjnie. – Myślałam, że zauważyłeś wcześniej… Co sądzisz? Zawsze uważałam, że do moich włosów taki kolor będzie pasował idealnie. Jak szmaragdy!
Nie odpowiedział, zdolny co najwyżej się w nią wpatrywać i próbować uporządkować myśli. Wciąż czuł się dziwnie oszołomiony, choć pierwszy szok zaczął z wolna mijać, pozostawiając po sobie przede wszystkim uczucie dezorientacji. Tak, soczewki… To było w stylu Liv, tym bardziej, że od zawsze miewała nietypowe pomysły. Poza tym… skąd mogła wiedzieć, prawda? Teoretycznie wiedziała dużo – aż za dużo, przynajmniej z logicznego punktu widzenia – ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
Dziewczyna chwyciła go za ręce, po czym bardziej stanowczo pociągnęła na parkiet. Uśmiechała się i to sprawiło, że z wolna zaczął się rozluźniać, utwierdzając w przekonaniu, że tak naprawdę nie ma powodów do niepokoju.
– Chodź, zatańczmy. Ta noc… jest niezwykła, wiesz? – Było coś niepokojącego w spojrzeniu, które mu posłała. – W Samhain wszystko jest inne. Zasłona między światem żywych i umarłych jest taka krucha… Tak przynajmniej kiedyś wierzono – dodała, po czym roześmiała się w melodyjny, hipnotyzujący sposób. – Ale to teraz nieważne… Nieważne – powtórzyła z naciskiem.
– Liv… – zaczął, ale tylko pokręciła głową.
– Po prostu zatańczmy. Niechaj ogarnie nas zapomnienie, a taniec wciąż trwa…
Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

POPULARNE ILUZJE